piątek, 22 maja 2015

Nowe Życie 10

   Wracam po niecałym miesiącu przerwy od NŻ. I wiecie co? Autor też człowiek. Ot co! Miałam prawo zrobić sobie chwilę wolnego. Miałam wenę, ale chęci nie... Może zabrzmi to tak jakby sodówa  uderzyła mi do głowy, ale trudno! Piszę te opowiadania dla was i tylko dla was.Jakbym pisała to dla siebie, to chowałabym to do szuflady, a nie wstawiała na bloga. Zarywam nocki, szkołę i życie towarzyskie, a wam się nie chce tego nawet skomentować. Nie zmuszam was do niczego, ale mała pochwała, albo krytyka działa na autora zachęcająco... Chciałabym pisać lepiej, ale dzięki waszym oszczędnym komentarzom, nie wiem co mam poprawić.
    I tak wiem, że tego nie przeczytacie... Ale i tak miłego czytania. <3


                                                                NOWE ŻYCIE 10

*  *  *( z perspektywy Xiumina)
          Czemu ostatnio wszyscy mnie całują? Czy ja mam gdzieś naklejoną kartkę z napisem: „pocałuj mnie jak ci się nudzi”, albo „jeżeli uważasz że jestem gejem, to po prostu się do mnie przyssij”? No właśnie, nie przypominam sobie, żebym pisał coś takiego, więc ludzie, na litość boską przestańcie mnie całować bez mojej zgody. Fakt trochę uległem Suho, a potem jeszcze Tao, no ale bez przesady. Mogli się mnie najpierw zapytać, czy jestem chętny, a nie macać mnie i całować tak o, przy innych. Było mi mega głupio, no bo kto normalny chciałby, aby jego przyjaciele okazywali mu tak swoje domniemane uczucia? No nie wiem jak wy, ja nie znam takich ludzi.
          Jakoś wyszło tak, że moje nóżki zaniosły mnie do pokoju Suho. Bez większego przemyślenia sprawy, ani tym bardziej, planu zapukałem do drzwi. Nikt mi nie odpowiedział, więc na chama wpieprzyłem się do pomieszczenia. Popatrzyłem przed siebie. Naprzeciwko mnie siedział, a raczej leżał Suho. Na pierwszy rzut oka, widać było, że jest smutny. W przypływie nie znanych mi dotąd emocji, podszedłem do niego i uklęknąłem przed łóżkiem.
-Hej. Coś się stało?- udawałem, że nie widzę, w jakim jest stanie.
-Nie…Po prostu ryczę tak o, bo nie mam co zrobić ze swoim nędznym życiem.
-No weź. Ja do ciebie miło, a ty mi tak odpowiadasz. Aż zaraz zacznę płakać.- udałem, że ocieram łzę.
-Spadaj.
-Nie chcesz, to nie mów, ale potem nie oczekuj, że będę na każde twoje skinienie.- mruknąłem i szykował się do wyjścia.
-Nie idź!- wyszeptał cichutko łapiąc mnie za rękę.
Westchnąłem, ale zostałem i usiadłem obok niego.
-To powiesz mi co się dzieje?
-Przepraszam! Przepraszam! Przepraszam! Nie powinienem tego robić. Wstyd mi. Mogłem się ciebie zapytać, czy wyrażasz zgodę, a nie… Przepraszam! Wybaczysz mi kiedyś?- wykrzyczał zatapiając głowę w moich kolanach i przytulając się do nich. Widać było, że żałuje, za to co zrobił. To dobrze. Nie mam żadnych powodów, aby mu nie wybaczyć, skoro wie, że popełnił błąd.
-Okej. Nic się nie stało, tylko następnym razem zapytaj się o zgodę.- podniósł głowę uśmiechnięty.
-Czyli będzie następny raz?- oczy mu się świeciły, tak jak świecą się otaku, gdy wychodzi kolejny odcinek jego ulubionego anime.
-Jak będziesz grzeczny to może…
-A teraz?
-Teraz to jestem zmęczony, więc zmykam do siebie.
-Okej. Przyjdę do ciebie rano. Bądź gotowy.- tego już nie słyszałem, bo zasnąłem w jego bezpiecznych ramionach.

*  *  *

-Tao. Czekaj!- wrzeszczał zdenerwowany Sehun.
-Co znowu?- mruknął znudzony Tao.
-Co znowu!? Co ty sobie wyobrażasz, żeby mówić takie kłamstwa w obecności Luhana?
-Jakie kłamstwa? Przecież ostatnio jeszcze mi mówiłeś, co byś z nim robił, że tak byś pieprzył, że by przez tydzień na tyłku nie mógł usiąść. Myślałem, że dobrze robię mówiąc mu prawdę.
-Czy ty się słyszysz? Kto chciałby, żebyś mu mówił takie rzeczy?-  spytał zdziwiony.
-No nie wiem, ale Kris lubił, jak mówiłem mu takie sprośne rzeczy. Ogółem on lubił jak ja dominowałem… Tęsknię za nim…
-Oj, już…już. Tao, nie rozklejaj się. Chodź pójdziemy do baru. Spijemy się. Wytłumaczysz mi wszystko i spróbujemy temu jakoś zaradzić.
-Okej.- wymruczał zapłakany kolorowo włosy.
            Chłopcy ruszyli do jednego z droższych barów. Gdy byli już w środku, podeszli do lady i zmówili sobie po kolorowym drinku. Rozsiedli się wygodnie przy kanapach, w zacisznym miejscu i zaczęli rozmawiać. Nie zauważyli nawet, jak z jednego drinka zrobił się drugi, a potem trzeci, czwarty i piąty.
-I właśnie mniej więcej dlatego wciąż go kocham.- powiedział Tao pijackim tonem.
-Aha… Rozumiem i chyba nawet wiem co zrobić, żebyście znów byli parą.
-Tak? A co?- ożywił się młodszy.
-Dopij drinka, to ci pokażę.
            Tao bez zastanowienia wlał w siebie napój alkoholowy i wstał od blatu. Zachwiał się i stracił równowagę, ale na szczęście w ostatniej chwili Sehun uratował go przed upadkiem. Starszy przekłada sobie jego rękę przez kark i spokojnie wychodzi z baru.
            Szli ulicą. Niebo było ciemne, prawie tak samo jak morze podczas burzy. Wokół świeciły się białe światła latarni, wskazujące prawidłowy kierunek pijanym wędrowcom. Przyjaciele zataczali się raz z jednego końca krawężnika na drugi, dopóki nie podeszli pod ich szkołę.
-Cieszę się, że mam takiego zajebistego przyjaciela jak ty.- beknął Tao i osunął się pod drzwi.
            Zaalarmowany złym stanem kolegi, Sehun, uklęknął przy nim i sprawdził oddech. Przystawił ucho do jego klatki piersiowej i czekał. Usłyszał miarowy oddech i lekkie pochrapywanie.
-Fajnie… Znaczy zasnął. I co ja mam teraz z tobą zrobić ułomie?- spytał sam siebie i podniósł nieprzytomnego. Przez chwilę trzymał go na baranach, ale stwierdził, że młody może się z niego nieświadomie osunąć i spaść, więc zmienił pozycję. Trzymał go tak jak trzyma się pannę młodą, w trakcie przekraczania progu ich nowego mieszkania.
            Zaniósł go pod same drzwi pokoju Krisa i Luhana, w głowie układając chytry plan zeswatania ich ze sobą. Rzucił nim pod ścianę i mocno zapukał do drzwi. Popatrzył jeszcze na mamroczącego coś Tao i szybko uciekł.

*  *  * 
-Umieram… Umieram… Ratujcie mnie. Jestem zbyt piękny, aby nie żyć! Kris… Kris. Gdzie ty do cholery jesteś?- darł się Tao przez sen.
            Jego głośne jęki obudziły śpiącego za ścianą Krisa. Chłopak wyszedł z pokoju w celu opierniczenia osoby, która nie daje mu spać. Otworzył szerzej oczy, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Może nie było to zbyt miłe, sądząc po stanie w jakim znajdował się jego brat, ale ucieszył się widząc go wołającego jego imię.
-Coś ty sobie znowu zrobił kochanie?- spytał i wniósł brata do pokoju.
            Delikatnie ułożył go na swoim łóżku i poszedł do szafy. Pamiętał, że miał w niej jeszcze jakąś starą piżamę Tao, więc jej poszukał. Z ciuchem w ręku podszedł do śpiącego chłopaka i popatrzył na niego czule. W tej chwili wiedział, że nic poza nim się dla niego nie liczy. Nie obchodziło go zdanie ludzi. nie przejmował się nawet faktem, że ich związek jest kazirodczy. Liczyło się tylko dobro braciszka.
            Rozebrał go ze śmierdzących alkoholem ubrań i przebrał w puchatą piżamkę. Położył go w łóżku i odsunął się na małą odległość.
-Krisiu… kochanie…Przytul mnie…- wyszeptał młodszy i znów odpłynął w świat fantazji.

            Krisowi zmiękło serce, gdy usłyszał to wyznanie. Przez cały ich długi związek nie czuł się tak wspaniale jak w tej chwili. Położył się obok niego i przykrył ich kołdrą. Ostatnie co poczuł, to miękkie rączki tulące jego szyje i ciepły oddech owiewający jego zmęczoną twarz.

niedziela, 10 maja 2015

Odrzucenie 2

                        PRZEPRASZAM!!! Jestem chora i czuję się jakby przejechał po mnie pociąg, a na dodatek mam zapalenie ucha środkowego i 39,4C :/ Jakoś tak nie miałam siły niczego pisać, ale obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Zapraszam do czytania drugiej części J

                                               ODRZUCENIE 2 ( i ostatnia)

              Lucas odczuwając jakieś dziwne nie znane mu wcześniej uczucia zarumienił się. Nie trwało to jednak długo, bo natychmiast odsunął się od niego.
-Czy mógłbyś poczekać na mnie w moim pokoju?- spytał lekko zdenerwowany czułym gestem demona.
-Ah, jasne. Nie ma żadnego problemu.- wyszedł mrugając do Lucasa.
            Chłopak pospiesznie wyszedł z wanny, wytarł się milusim ręcznikiem, umył zęby, rozczesał pobieżnie włosy i owinięty innym, suchym ręcznikiem wyszedł z łazienki. Kroki skierował do swojego pokoju, w którym miał na niego czekać nowy przyjaciel. Otworzył drzwi zauważył go wylegującego się na jego łóżku.
-Co…Co robisz?- spytał wyraźnie zaskoczony.
-Czekam na ciebie, tak jak mi kazałeś.
            Luke nie odpowiedział już nic, tylko podszedł do jednej z szafek i wyciągnął z niej czyste ubrania. Natychmiast je założył i podszedł do demona.
-Jest jeszcze wcześnie. Idziemy gdzieś?
-Okej, tylko chwilkę poczekaj.- mruknął demon z zamkniętymi powiekami.
-Na co?
-Nie na co, tylko na kogo. Na moją przyjaciółkę. Zaraz ją poznasz.
            W tym momencie powietrze w pokoju zaczęło gęstnieć tak, że przybrało postać białej mgły unoszącej się w pokoju i zmniejszającej widoczność. Nagle za plecami usłyszał cichy szept i poczuł przy uchu wydychane przez kogoś powietrze. Odruchowo wzdrygnął się i zamknął powieki.
-Nie strasz go Cynthia.- powiedział witając się ze znajomą.
-Hej…Jestem Lucas.- wyjąkał.
-Miło mi ciebie poznać. – podeszła do niego i uśmiechnęła się uroczo. –Cieszę się, że w końcu sobie kogoś znalazłeś. Tylko szkoda, że taki słodziak jest już zajęty.- zrobiła minkę z serii „Puppy Eyes”.
-To co idziemy już?- Spytał Lucas.
-Okej.
            Wyszli z domu i chwilę później byli już w wesołym miasteczku. Od razu weszli, omijając kolejkę, weszli do wagoniku na diabelski młyn. Pan zamknął za nimi drzwi i popatrzył dziwnie na blondyna. Gdy byli już na samej górze przerwał rozmyślania demonów.
-Mam do was pytanie.
-Słucham cię uważnie przyjacielu.- spojrzał na niego uważnie.
-Nie opuścicie mnie już?- popatrzyli na siebie zdziwieni, ale od razu pokiwali twierdząco głowami.
-Cieszę się, że od teraz będę miał prawdziwych przyjaciół, którzy mnie nie opuszczą, tak jak Raphael.- przytulił ich ciasnym, niedźwiedzim uściskiem, pełnym uczucia.

*  *  *

            Kilka dni po wycieczce do wesołego miasteczka trzeba było iść do szkoły. Lucas jak zwykle wstał rano, ubrał się, umył i wyszedł z domu. Wszystko byłoby jak zwykle, gdyby nie jeden, zasadniczy fakt. Chłopak był szczęśliwy. Czuł jak jego serce cieszy się na widok nowych przyjaciół, który nie opuszczali go nawet na krok. Tak też było i wtedy…
            Wszedł skocznym krokiem do szkoły i poszedł do szatni. Nie siedział w niej, jak zawsze, do początku lekcji, tylko kroczył korytarzem z wysoko podniesioną głową.
Nie zważał nawet na śmiechy i chichy jego rówieśników. Cieszył się chwilą i rozmową z demonami.
-Mówiłem ci Alex. Było się mnie słuchać.- zdołał wypowiedzieć pomiędzy salwami śmiechu.
-Nie… Cynthia. On wcale nie dawał ci forów. Zrozum. On taki po prostu jest.- rechotał aż do rozpuku, a inni uczniowie patrzyli na niego z przestrachem.
            Wpadł do klasy trochę spóźniony, ale za to w wyśmienitym nastroju. Popatrzył roześmiany na nauczyciela i usiadł w ławce, nie przepraszając nawet za swoje naganne zachowanie.
-Co cię tak śmieszy White?- warknął rozeźlony nauczyciel.
-Hi hi…ha ha…Boże, no masz rację Alex. On jest mega głupi i zobacz jak się ubrał… Jakby nie miał w domu lustra.- rozmawiał z „powietrzem”.
-Lucas White! Do tablicy!- wykrzyczał nauczyciel, cały czerwony na twarzy ze zdenerwowania.
            Blondyn wstał nie spiesznie z krzesła i poszedł we wskazane miejsce. Gdy już stał przed klasą, zaśmiał się dźwięcznie i wymamrotał coś pod nosem.
            Wpadł na genialny pomysł i usiadł na biurku nauczyciela. Obserwował jego tężejące rysy twarzy. Mężczyzna w pierwszej chwili wyglądał na zmieszanego, ale potem był już tylko zdenerwowany. Do tego stopnia, że żyłka na jego czole zaczęła niebezpiecznie pulsować.
-Niech pan uważa, bo to jeszcze wybuchnie.- powiedział wrednie Lucas, pokazując na czoło pana Smitha.
            Jeżeli to możliwe, mężczyzna jeszcze bardziej poczerwieniał na twarzy i zepchnął ucznia z biurka.
-Zostajesz dzisiaj po lekcjach w sali White.- wycharczał przez zaciśnięte zęby- A teraz marsz do dyrektora opowiedzieć mu co najlepszego zrobiłeś.
            Lucas zabrał swoją torbę z pomieszczenia i wyszedł trzaskając za sobą drzwiami. Nie miał najmniejszego zamiaru iść do dyrektora szkoły, więc postanowił, że urwie się na chwilę z lekcji. Nie idąc nawet do szatni po kurtkę, skierował się do wyjścia. Przeszedł przez bramę i postanowił iść do parku naprzeciwko szkoły.
            Usiadł na ławce w głębi, za drzewami, tak aby nikt go nie zauważył i wyciągnął swój szkicownik. Zaczął w nim coś szkicować. Najpierw postawił parę pionowych kresek i zanim się obejrzał  jego ręka z miękkim ołówkiem coraz szybciej śmigała po białym papierze. Jego długie palce zaczęły rozmazywać niektóre szare ślady, aż na papierze powstał portret Raphaela.
-Kurwa…-zaklął szpetnie i wyrwał tą stronę.- Chyba mi na nim dalej zależy…- powiedział ze smutkiem i przytulił kartkę do piersi.
-Czemu jesteś smutny?- zaskoczył go głos Cynthii.
            Chłopak poruszył się niespokojnie i machnął lekceważąco dłonią.
-Nic mi nie jest.- mruknął i próbował schować rysunek za plecami.
-Co tam masz?- spytała dziewczyna ze świecącymi oczkami.
-Nic ważnego.
            Demonica spojrzała na niego podejrzliwie i w sekundzie, gdy on był rozkojarzony, wyrwała mu kartkę.
-Co robisz? Oddaj!- wykrzyknął speszony, bowiem jeszcze nikomu nie pokazywał swoich prac.
            Zaczął biegać za przyjaciółką i wyrywać jej papier z dłoni, ale nic z tego nie wyszło. Cynthia, jak przystało na demona, przeteleportowała się jakieś 3 metry przed niego i usiadła na trawie w cieniu.
-Bardzo ładnie rysujesz.- przyznała.
-Dzięki.
-Widzę że dalej nie możesz o nim zapomnieć.- westchnęła i podeszła do kolegi. Bez zastanowienia przytuliła go i poklepała po plecach.
-Nie przejmuj się nim. On nie jest ciebie wart. Masz przecież nas. My cię nigdy nie opuścimy w potrzebie.- pocieszała go.
-Dziękuję.- wyszeptał prawie niesłyszalnie.- Chyba muszę już iść do pana Smitha.- westchnął zrezygnowany.
-Dobrze, leć już, tylko gdyby coś się działo, to nie wahaj się nas wezwać.- uśmiechnęła się ślicznie i zniknęła.
            Lucas otrzepał się z niewidocznego kurzu i skierował swoje kroki w kierunku szkoły. Otworzył sobie bramę i jakby nigdy nic, wszedł do budynku. Po drodze do sali języka angielskiego słyszał dużo szeptów i wyzwisk, mających na celu wyśmianie jego osoby. Nie chciał dać tego po sobie poznać, ale bolało go to, jak rówieśnicy się od niego odsuwali.
            Nagle zza rogu wyszedł Raphael. Blondyn spiął się na widok swojego byłego, najlepszego przyjaciela, ale postanowił do niego podejść i przeprosić za swoje wcześniejsze zachowanie.
            Podbiegł do czarnowłosego i mocno go przytulił. Poczuł jak chłopak stara się od niego odsunąć, jednak to zbagatelizował.
-Przepraszam! Przepraszam! Przepraszam! Ja wcale nie chciałem tak zareagować na twoje wyznanie. Ja po prostu myślałem, że ty sobie ze mnie żartujesz…-wykrzyczał na jednych oddechu, a z jego oczu poleciały łzy. Próbował je ukryć, więc wtulił twarz w szyję Rafiego.
            Niestety, nie usłyszał jak zza rogu wyłania się Anthony ze swoją świtą. Nagle poczuł silne uderzenie w prawe ramię. Podniósł głowę i natychmiast odsunął się od przyjaciela.
-Co on tu robi?- spytał Anthony z obrzydzeniem.
-Nie wiem, rzucił się na mnie i zaczął przepraszać.- wytłumaczył z chłodem w oczach.
-Jeju… naszemu biednemu pedałkowi nie wystarczają już zmyśleni przyjaciele?- powiedział z ironią.- Nie ma cię kto przerżnąć i dlatego jesteś taki smutny? On- tu wskazał na posępnego Raphaela- tego nie zrobi, bo dla niego się liczysz śmieciu. Chodźcie!- zwrócił się do reszty.
            Odeszli naśmiewając się z blondyna i przybijając sobie nawzajem piątki, za to jak go potraktowali. Zrozpaczony Lucas otarł łzy i biegiem rzucił się do sali pana Smitha.

*  *  *  ( z perspektywy Raphaela)
               
                Jak ostatni tchórz odszedłem za Anthonym. Wcale nie chciałem tego robić, ale gdybym postąpił inaczej to pewnie jeszcze mi by się oberwało.
-Mam nadzieję, że Luke nie zrobi niczego głupiego…- wyszeptałem cichutko.
-Coś mówiłeś?- spytał roześmiany Tony.
-Tylko to, żebyśmy uciekli z lekcji, bo robi się nudno.- skłamałem z udawanym uśmiechem.
-W sumie to nie jest taki głupi pomysł. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że w końcu uwolniłeś się od tej cioty.- poklepał mnie po plecach.
            Po chwili wyszliśmy z budynku, aby iść do jakiegoś podrzędnego baru się nachlać. Żałuję że już nie mogę spędzać czasu z Luke’iem, z nim zawsze robiliśmy coś fajnego, a nie tylko wóda i dziewczyny…

*  *  *
           
            Lucas wszedł przestraszony do sali pana Smitha. Przywitał się grzecznie, ukłonił i usiadł we wskazanym przez nauczyciela miejscu.
-Chłopcze… powiedz mi czemu miało służyć twoje dzisiejsze zachowanie?- powiedział, o dziwo, spokojnie i wyrozumiale.
-Nie wiem i bardzo pana przepraszam Panie Smith. Obiecuję że to się więcej nie powtórzy.
            Nauczyciel widząc szybką zmianę nastroju ucznia usiadł w ławce obok niego i spytał:
-Masz może jakieś problemy w domu Luke? Możesz mi powiedzieć, przecież jestem twoim wychowawcą.
-Nie proszę pana.
-A może ktoś się nad tobą znęca?
-Nie proszę pana.- nauczyciel podrapał się po głowie.
-Hmm…- zastanowił się- A może pokłóciłeś się z kimś w szkole?- chłopak przez dłuższą chwilę milczał, ale wydukał że to nie prawda.
-Martwisz się o coś?- znowu odpowiedź negatywna.
-Wiesz co? Wybaczę ci twoje dzisiejsze zachowanie, bowiem zdarzyło się ono pierwszy raz, ale pamiętaj, że jeszcze jeden taki numer i będziesz siedział w kozie.
-Dobrze i jeszcze raz bardzo pana przepraszam.
-Oj już nie przepraszaj. Ja też mam swoje za uszami. Co ty na to, żebyśmy zaczęli od nowa?- blondyn pokiwał głową.
-Chcesz może herbaty?- spytał nauczyciel z troską.
-Nie dziękuję.
-Dobrze, to w takim razie zostań tu, a ja zadzwonię do twojej mamy aby cię odebrała.
            Nauczyciel wyszedł z pokoju i od razu wyciągnął telefon. Wybrał numer i po kilku sygnałach, w słuchawce odezwał się głos przestraszonej kobiety.
-Dzień dobry. Z tej strony Amadeusz Smith. Chciałbym aby przyjechała pani po syna… Nie nic się nie stało… Uważam po prostu, że Lucas powinien zasięgnąć rady psychiatry… Tak… Dobrze… Dowidzenia.-rozłączył się szybko i wszedł do klasy.
-Lucas, twoja mama zraz tu będzie, a ty idź do szatni i weź kurtkę. Pamiętaj. Masz wrócić tutaj i na nią grzecznie czekać.- uśmiechnął się i wyszedł z klasy.
            Blondyn zrobił tak, jak kazał mu wychowawca i już po chwili był z powrotem w sali. Po niespełna 10 minutach przyjechała jego mama i poszła do pokoju nauczycielskiego. W tym czasie Luke szkicował w swoim notatniku twarze demonów, ale te rysunki nie wyszły mu tak pięknie jak poprzedni, więc schował zamknięty notes do torby i usiadł pod drzwiami. Zza ściany dało się słyszeć głośniejszą rozmowę między jego matką, a nauczycielami, ale niestety nie można było zrozumieć słów.
            Po chwili z pomieszczenia wyszła jego mama z przejętą miną. Zaproponowała mu wypad na lody do centrum, na co zgodził się bez zastanowienia. Lucas wstał szybko z ziemi i pobiegł do samochodu. Jego mama smutna, jak chyba nigdy dotąd, wlokła się zmęczona za nim. Wsiedli do auta i odjechali. Początkowo chłopak się zdziwił, ponieważ centrum miasta było w inną stronę, ale stwierdził,  że pewnie mama jedzie jakimś objazdem, bo są korki. Jego zdziwienie było kolosalne, gdy zatrzymali się przed starym budynkiem z cegły.
-Mamo, tu jest lodziarnia?
            Kobieta nie odpowiedziała, tylko pociągnęła syna za rękę. Weszli do recepcji i czekali. Po chwili podszedł do nich mężczyzna w szarej marynarce i błękitnych spodniach. Na oko miał jakieś trzydzieści lat.
-Dzień dobry. Jestem lekarzem psychiatrą i nazywam się… -Luke już nie słuchał. Bardziej zastanawiał się dlaczego mama zabrała go do psychiatry. Przecież zawsze był okazem zdrowia.
-Zapraszam cię do swojego gabinetu młodzieńcze.
            Blondyn niespiesznie podniósł się z mięciutkiego fotela i podreptał za lekarzem. Weszli do jednego z pomieszczenia. Królowała tam biel. Wszystko było tego koloru. Począwszy od mebli, a skończywszy na ścianach.
-Proszę siadaj i się poczęstuj.- wskazał ręką na kanapę.
-Powiesz mi coś o sobie?
-…
-A może zaczniemy od czegoś prostszego. Jak ci na imię?
-…
-Nie chcesz mówić? – chłopak patrzył się w jeden punkt na podłodze.- To może zrobimy tak. Jak będziesz odpowiadał na pytania, to dostaniesz muffinki. Co ty na to?
-Yyhm.- zgodził się patrząc dalej w ten sam punkt.
-O jak miło.- uśmiechnął się szczerze lekarz.- Więc jak masz na imię?
-Lucas White.- szepnął.
-A co cię do mnie sprowadza?
-Nie wiem.- zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu.- Cynthia, Axel chodźcie tu.- mruknął.
-Luke, mogę tak do ciebie mówić?- nie usłyszał odmowy, więc kontynuował.- Kim jest Cynthia i Axel? To twoi przyjaciele?
-Tak.
-Chodzisz z nimi do szkoły?
-Nie.
-Gdzie ich poznałeś?
-W domu.
-To znajomi twojej mamy?
-Nie, ona ich nie widzi.- mężczyzna zdziwił się, ale kontynuował.
-Jak to ich nie widzi? Zapraszasz ich tylko jak nie ma nikogo w domu?- Luke nie odpowiedział.
-A będę mógł ich poznać?
-Tak, stoją za panem.- lekarz odwrócił się zaskoczony.
-Luke, ale tu nikogo nie ma.
-Oni są za panem.- powtórzył spokojnie nadal nie otwierając oczu.
-Poczekasz tu na mnie chwilkę? Zaraz przyjdę.- nastolatek wzruszył ramionami, a psychiatra wyszedł.
            Gdy blondyn już przysypiał, do pokoju weszła jego mama razem z lekarzem.
-Pani White, ja nie jestem w stanie leczyć pani syna. On potrzebuję stałej opieki w szpitalu psychiatrycznym.- kobieta popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.
-Dobrze.- potaknęła i podeszła do syna. Przytuliła go i szeptała pocieszające słówka na ucho.
            Zabrała go z gabinetu i wsadziła do samochodu.
-Synku, nie przejmuj się.
-…- odpowiedziała jej głucha cisza.
            Zawiozła syna do najbliższego szpitala psychiatrycznego, pocałowała go w czółko i wyszła, mówiąc że przywiezie mu czyste ubrania.
Chłopak w tym czasie został zaprowadzony do łazienki, gdzie pielęgniarki przebrały go w długą białą koszulę i odprowadziły do pokoju obserwacji.  Zamknęły za nim drzwi i zostawiły go samego. Lucas stał na środku pomieszczeni wyłożonego gąbką i nie wiedział co ma zrobić. Nigdy nawet nie przeszło mu przez myśl, że znajdzie się w takiej ponurej sytuacji.

*  *  *

                Następnego dnia Lucas obudził się na łóżku w innym pomieszczeniu. Otworzył oczy, wstał z posłania i zaczął chodzić po swoim nowym pokoju. Czuł siew nim dziwnie, bo nigdzie nie znalazł ani toalety, ani nawet okna. Usiadł na ziemi i czekał. Nawet nie wiedział na co czekał. Po prostu myślał, ze jakaś magiczna siła go stąd wyciągnie. W myślach zawołał Cynthie i Alexa, jednak nikt nie przyszedł. Złapał swoje kolana rękami, tym samym przybliżając je do klatki piersiowej i zasnął. Obudziło go szturchanie w ramię. Lekko otworzył oczy i szukał wzrokiem natręta. Zobaczył klęczącą za nim kobietę. Podszedł do niej i rozpoznał w niej swoją mamę.
-Co się stało mamuś?
-Czemu ja cię urodziłam? Czemu nie mogłam mieć normalnego dziecka, które nie siedzi w psychiatryku? Czemu trafiłeś mi się ty?- zapytała z obrzydzeniem ocierając łzy.
-Mamo…?
-Nie nazywaj mnie tak!- krzyknęła. –Ja nie mam syna! Lepiej byś zrobił, gdybyś się po prostu zabił!- chłopak aż odsunął się od niej przestraszony i uderzył plecami w ścianę.
-Ale czemu…- nie wiedział, dlaczego jego rodzicielka jest zła. Zamknął oczy i płakał, a jego głowie odbijały się dwa słowa: ZABIJ SIĘ!
            Postanowił przeprosić mamę i jakoś polepszyć jej humor, więc podniósł się z ziemi. Niestety kobiety nigdzie nie było.
-Dziwne. Przecież słyszał bym jak wychodzi.- zastanowił się.
-Co tu się dzieje? Cynthia, wytłumaczysz mi?- gdy tylko wypowiedział te słowa, w gęstym dymie, pojawił się demon.
-Co tu się dzieje Cynthia?- ponowił pytanie.
-Zabij się. Nie jesteś już nam potrzebny.  Nie chcę cię więcej znać.- mruknęła.
-Ale czemu? Przecież mówiłaś, że już zawsze będziemy się przyjaźnić!- wykrzyczał zdesperowany.
-Kłamałam.- odpowiedziała hardo i zniknęła.
            Po pokoju roznosiło się jeszcze trochę dymu i ciche szepty: zabij się!…zabij…
Lucas siedział załamany pod drzwiami, od czasu do czasu uderzając w nie rękami i krzycząc, aby go wypuścili. Po jego gładkich policzkach spływały nie chciane łzy. Żaden z lekarzy nie reagował na wrzaski wydobywające się na korytarz. Nie ważne jak głośno chłopak się zachowywał, nikt nie przychodził. W końcu zdenerwował się i przewrócił łóżko. Wtedy do izolatki wszedł ten sam lekarz, którego Lucas spotkał w poradni. Uśmiechnął się do niego przyjacielsko i klęknął obok niego. Zaczął go uspokajać, a gdy t nie pomogło, wyjął z kieszeni strzykawkę i zaaplikował blondynkowi  środek nasenny. Nie zauważył jak podczas wyciągania strzykawki, wypadł mu skalpel. Wstał i wyszedł z pomieszczenia, zamykając drzwi na klucz.

*  *  *

            Gdy Lucas się obudził, przypomniał sobie wszystko co zdarzyło się ostatniej nocy i zapłakał. Był załamany faktem, że nie może nic zrobić, aby polepszyć sytuację, w której się znalazł. Wstał z zimnej podłogi i pierwszym co rzuciło mu się w oczy był mały, błyszczący przedmiot. Podszedł do niego i ukucnął. Był to skalpel. Podniósł go i nie wiedzieć czemu przystawił do nadgarstka. Nie zastanawiając się dłużej, przeciągnął go po skórze, tworząc podłużny, krwawy ślad. Zabolało go to, ale tylko wbił narzędzie mocniej w rękę. Z rany wydobywała się duża ilość czerwonej posoki, a on zamiast krzyczeć, uśmiechał się patrząc na nią.
-Może naprawdę jestem nie normalny?- zapytał sam siebie i po chwili upadł nieprzytomny na ziemię.

*  *  *

-Syneczku, proszę obudź się. Nie  umieraj. Tak bardzo cię kocham!- zawodziła zdesperowana matka patrząc jak jej syn jest przykuty do tych wszystkich maszyn podtrzymujących jego życie.
-Wszystko będzie dobrze, tylko otwórz oczy. Daj mi jakiś znak, że żyjesz. Nie odchodź. Zostałeś mi tylko ty.– płakała ściskając jego rękę.
            Niestety Lucas się nie budził. Od jego nieudolnej próby samobójczej minęły trzy dni. Początkowo lekarze uspokajali matkę chłopca, mówiąc że potrzebuje czasu. Teraz sami nie wiedzieli co mają zrobić. Mieli dwa wyjścia. Albo czekać aż chłopak się obudzi, co graniczy z cudem, albo odłączyć go od aparatury i czekać na śmierć. Obydwa przypadki niosły za sobą spore konsekwencje. Lekarze stwierdzili, że dadzą mu jeszcze pełne 24 godziny na ocknięcie się ze śpiączki. Jeżeli mu się to nie uda, będą zmuszeni dokonać eutanazji.
            Czas mijał. Sekundy zlewały się w minuty, a te znowuż w godziny. Nad niczego nieświadomym blondynem zawisł ciążyła śmierć. Wydawało się, że jest to nieuniknione, jednak po 23 godzinach coś się zmieniło. Chłopak zaczął ruszać powiekami. Potem jego palce zaciskały się na pościli, aby po chwili je puścić. Usta się otwierały i zamykały na zmianę. Aż w końcu Lucas wyszeptał:
-W…Wody.
-Już ci przynoszę syneczku!- kobieta uradowana wybiegła z pomieszczenia.
            Blondyn usiadł tak, że opierał się plecami o poduszkę. Gdy do pokoju wbiegła jego rodzicielka, zamarł.
-Synusiu proszę.- wręczyła mu szklankę z wodą mineralną.
            Chłopak patrzył na nią nienawistnym spojrzeniem. Złapał szklankę i rzucił nią w ścianę za matką.
-Wyjdź demonie!- wycharczał i zaczął płakać. Trząsł się w konwulsjach i wrzeszczał, że nie chce umierać.
            Do sali wbiegł lekarz, który wyprowadził kobietę, a chłopak ucichł. Siedział patrząc się w sufit i starając się przypomnieć sobie, co on tutaj robi. Słyszał jak za drzwiami jego mama dyskutuje o czymś zawzięcie z lekarzem.

*  *  *

-Ale proszę pana, proszę mi wyjaśnić, dlaczego nie mogę porozmawiać z moim dzieckiem. Nie po to warowałam przy nim jak pies przez ostatnie trzy doby, aby teraz po prostu wyjść.
-Pani White, proszę mnie zrozumieć. Lucas nie chce pani widzieć. Czy mogłaby pani zadzwonić do kogoś, kto jest mu bliski?
-To bzdura. Ja jestem mu najbliższa. Chcę zobaczyć moje dziecko.
-Niech się pani uspokoi. Zobaczy pani Lucasa jak tylko on do siebie dojdzie, a teraz proszę zadzwonić po kogoś z kim on mógłby spokojnie porozmawiać.
-Dobrze. Tak zrobię.
            Kobieta sięgnęła do torebki i wyjęła z niej telefon. Wybrała numer i czekała aż osobą odezwie się w słuchawce.
-Cześć Rafi. Chodzi o  Lucasa. Miał próbę samobójczą… Czy mógłbyś przyjechać do szpitala psychiatrycznego?… Dobrze… Dziękuję… Cześć. –Wyłączyła telefon i usiadła w holu czekając na przyjaciela jej syna.

*  *  *

            Raphael siedział w sali i czekał aż przyjdzie nauczyciel. Od paru dni nie widział nigdzie Lucasa, więc się o niego martwił. Dalej go kochał i nie zamierzał przestać. Przy najbliższej okazji chciał przeprosić go i wyjaśnić mu wszystko od początku.
            Czarnowłosy poczuł jak w kieszeni jego spodni coś zaczyna wibrować. Wyciągnął telefon. Dzwonił nieznany numer. Odebrał i usłyszał głos pani White.
-Dzień dobry.- przywitał się.- Coś się stało, że pani dzwoni tak nagle?…Aha…Aha…Będę jak najszybciej. Dowidzenia.
            Jakże wielkie było jego zaskoczenie, gdy dowiedział się, że miłość jego życia leży w szpitalu.
-Anthony, powiedz panu Smith, że musiałem wyjść.- wykrzyknął i wybiegł pędem z sali.
            Biegł nie zważając na przechodniów, albo pędzące samochody. Chciał jak najszybciej być przy Lucasie i go pocieszyć. Zatrzymał się dopiero przy bramie ośrodka, gdzie ostatnio mieszkał Lucas. Zadzwonił dzwonkiem. Drzwi się otworzyły. Wbiegł po schodach do góry i staną przed mamą swojego przyjaciela.
-Gdzie leży Luke?- spytał.
-Tam.- kobieta wskazała ręką dużą salę.
             Chłopak jeszcze podziękował za informację i pobiegł we wskazanym kierunku. Delikatnie zapukał w drzwi, i po usłyszeniu cichego proszę, wszedł.
-Co tu robisz? Myślałem że mnie nienawidzisz.- wyszeptał zdziwiony Lucas.
-Jak mógłbym cię znienawidzić? Kocham cię i nigdy nie przestanę.
-Nie kłam.
-Nie kłamię. To co mówiłem ci wcześniej to prawda. Od dawna mi się podobasz i chciałbym być z tobą.
-Raphael…-wymruczał i objął go w pasie.- Ja też coś do ciebie czuję. Wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale ja nie jestem wstanie bez ciebie funkcjonować.
-Lucas…Nawet nie wiesz jak się cieszę, gdy to mówisz.
                        Raphael delikatnie przybliżył się do przyjaciela i musnął jego wargi swoimi. Cały czas patrzył mu w oczy i czekał na zgodę. Gdy ją otrzymał, objął Lucasa i posadził go sobie na kolanach. Jego ręce spoczęły na pośladkach blondyna. Ich usta złączyły się w czułym, namiętnym pocałunku, obrazującym ich uczucia. Ich języki ocierały się o siebie w szaleńczym tańcu i co chwilę muskały podniebienie i policzki partnera. Z każdą sekundą walka o dominacja była coraz bardziej zaciekła i szybsza, aż do momentu gdy zmęczeni odsunęli się od siebie z miłością wymalowaną na twarzach. Popatrzyli sobie głęboko w oczy trwali w ciasnym uścisku.

*  *  *

-Jak się czujesz Lucas?- spytał Raphael.
-Już okej. Już jutro wychodzę, a najpóźniej w poniedziałek wracam do szkoły.
-Cieszę się kochanie.- pocałował go w policzek.- Pomóc ci w czymś.
-Nie trzeba…Chociaż właściwie, to mógłbyś przynieść mi gorącą czekoladę z automatu.- mruknął rozmarzony.
-Jasne kochanie. Tą co zwykle?
-Nie zbyt gorąca i z dwiema łyżeczkami cukru.- powiedzieli razem i się zaśmiali.
-Cieszę się, że byłeś ze mną podczas tej terapii.- powiedział Lucas.
-Oj weź. Co by ze mnie był za książę, gdybym zostawił swoją księżniczkę w potrzebie?
-Nie mów do mnie księżniczko. Wiesz że tego nie lubię.- udał obrażonego.
-Wiem. A ja bardzo kocham cię denerwować księżniczko.- mruknął i wybiegł z pokoju.
-Jejku, co ja z nim mam…- wyszeptał do siebie blondyn.

*  *  * 
           
            Niecały tydzień później Raphael pojechał do domu Lucasa.
-Gotowy jesteś Luke?
-Jeszcze chwila. Nie wiem, które spodnie założyć. Jasnofioletowe czy ciemnofioletowe.
-A to jest jakaś różnica? – spytał zaskoczony Rafi.
-Głupku… Wielka. Bo do jednych pasują złote Vansy, a do drugich czarne. To które lepsze?
-Te co pasują do złotych kochanie. A teraz szybko bo spóźnimy się do szkoły.
-Oj tam, oj tam… Najwyższej pójdziemy na drugą lekcję.
-Lucas…Chodźże już.- marudził Raphael.
            Blondyn zbiegł po schodach i popatrzył na swojego chłopaka.
-I jak wyglądam?- spytał.
-Pięknie jak zwykle. Niczym aniołek.- powiedział i pocałował Luke’a w usta.
-Idziemy już?
-Tak, tak…Pa mamo!
-Pa chłopcy. Nie zapomnijcie, że macie przyjść na obiad.
-Jasne mamo.
-Dobrze pani White.
-Oj nie jestem żadną panią White. Mów mi po prostu mamo.
-Dobrze…mamo. Do zobaczenia później.
            Wybiegli uradowani z mieszkania i wsiedli do starego samochodu Rafiego. Po niespełna piętnastu minutach jazdy byli w szkole. Weszli do budynku i od razu powitały ich uśmiechnięte twarze rówieśników. Wszędzie dało się słyszeć przeprosiny skierowane do Lucasa i życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. Nawet Anthony podszedł do chłopaków i zaczął z nimi rozmowę.
-Cześć Lucas. Cześć Rafi. Przepraszam że was tak źle traktowałem. Zwłaszcza ciebie Lucas. Nie wiedziałem, że tak mocno cię ranię. Mam nadzieję, że jest już z tobą okej i wybaczysz mi moje szczeniackie zachowanie.- powiedział skruszony.
-Jasne Anthony!- wykrzyczał rozradowany blondyn.
-Tego…Jakbyś miał jakiś problem, to śmiało wal z tym do mnie.- uśmiechnął się, przytulił i odszedł od niech, zostawiając ich w samym środku zainteresowania.
            Jeszcze długo uczniowie przepraszali Lucasa za swoje zachowanie i z nim rozmawiali. Pierwszy raz Lucas cieszył się, że wrócił do szkoły.
                                                                

           





           

           



         

piątek, 1 maja 2015

One Shot Odrzucenie


                     Pięknie witam wszystkich tu obecnych, zarówno tych komentujących, jak i tych wstydliwych. GOMEN'NASAI bo miałam wstawić kolejną część (już 10), ale wszystko mi na głowę spadło. musiałam się duuuuziooooo uczyć na sprawdzian z hiszpańskiego:/ (w końcu trzeba jakoś zdać) i jeszcze moja ukooochaaanaaa <śmieję się sarkastycznie> polonistka kazała nam nakręcić filmy. No i tego musiałam napisać jakieś dziwne opowiadanie, przekształcić je na scenariusz i tak dalej... MEGA WIELKIE PRZEPROSINY, ale dzisiaj nie wyrobię się już z kolejną częścią, bo idę na ognicho z klasą, Juhu!!! Ktoś mnie lubi!!!
                     Wstawiam wam pierwszą część mojego "filmowego" opowiadania. Zapraszam do czytania:)

A oto moje wyobrażenia postaci:

                                                                             Lucas    


                                                                          Raphael

                                                     ODRZUCENIE


            Korytarzem szedł Lucas. Był to niezbyt wysoki chłopak ubrany w czarną koszulkę z nadrukiem misia trzymającego gigantyczne serce, różową kamizelkę i ciemne spodnie w różno kolorowe gwiazdki. Na bardzo jasnych włosach, zaczesanych w mały koczek, znajdowała się różowa opaska z ćwiekami. Na szyi i palcach miał dużo biżuterii, a na paznokciach lamparcie cętki. Przez wzgląd na jego nietypowy wygląd był wyśmiewany przez rówieśników. Jedyną osobą, która go lubiła był jego przyjaciel, jeszcze z czasów podstawówki, Raphael. Chłopcy zawsze trzymali się razem i nigdy nie mieli nawet najmniejszej sprzeczki, a co dopiero poważnej kłótni.
            Gdziekolwiek blondyn  popatrzył słyszał donośne śmiechy Anthony’ego i jego świty. Teraz też tak było.
-Co się tak na mnie patrzysz geju?- spytał rozbawiony do granic możliwości Anthony.
-A co nie wolno mi jaśnie panie?- patrząc mu w oczy udał ukłon.
-Nie, bo nigdy nie wiadomo co roi się w tej twojej pedalskiej główce.
-Mów co chcesz, ale nie pociągają mnie takie bezduszne homofoby jak ty i twoje goryle.
-Tony, czy ten lachociąg właśnie nas przezwał?- odezwał się nie bardzo rozgarnięty Bob- przyjaciel i chyba najgłupszy sługus Athony’ego.
-Czy ty nie zapominasz gdzie twoje miejsce cioto?
            Anthony podszedł szybko do niczego niespodziewającego się Lucasa i pogładził jego policzek palcem. Chłopak momentalnie spiął się na ten gest.
-Wiesz, gdybyś nie był taki dziwny, to bym się z tobą umówił.- wymruczał do jego ucha.
-Tak? Bo wiesz podobasz mi się i mógłbym się dla ciebie zmienić.
            Nagle usłyszał głośny i nieprzyjemny dla uszu rechot.
-To był tylko żart śmierdzielu. W życiu nie umówiłbym się z tobą. Nie jestem pedałem.
            Lucasa to zabolało, ale starał się nie dać tego po sobie poznać. Czym prędzej uciekł  z korytarza, pełnego ludzi i schował się w opustoszałej szatni. Usiadł pod swoją szafką, która był najbardziej oddalona od drzwi wejściowych i zaczął płakać. Kiedyś bardzo podobał mu się Anthony i myślał nawet, że ma u niego jakieś szanse. W końcu najgłośniejszy homofon prawie zawsze okazuje się gejem, który nie może poradzić sobie ze swoją odmienną orientacją. Po chwili do pomieszczenia doszedł intensywnie słodki zapach perfum. Oho…czyli Raphael go szuka. Pewnie dowiedział się już co zaszło pomiędzy nim a Anthonym. Szkoda, nie chciał aby jego jedyny przyjaciel miał go za pedała. Pragnął aby ich relacje zostały na tym samym poziomie co były wcześniej, ale to już nie możliwe.
-O…Tu jesteś!- wykrzyknął zdyszany Rafi.
-Szukałem cię. Nie przejmuj się tym debilem. On ci po prostu zazdrości tego, że nie wstydzisz się tego kim jesteś.
-Czyli kim!? Głupim pedałem, któremu spodobał się największy, szkolny łobuz? Moje życie nie ma sensu. Wszyscy się ode mnie odsuwają. Tylko ty cały czas jesteś za mną. Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? Może się ponaśmiewać z nieudacznika?
-Przestań. Wcale tak nie myślę i ty także. Jesteś po prostu trochę zdenerwowany i gadasz głupoty. Chodź na angielski, bo pan Smith zaraz się na nas wkurzy.
-Okej.- mruknął przez łzy, ale wstał i poszedł za przyjacielem.
            Weszli do sali trochę spóźnieni, ale nikt nie zauważył, że ich nie ma. Wszyscy zajęci byli żartami na temat porannej akcji na korytarzu. Nikt nie zwracał uwagi na płaczącego Lucasa i pocieszającego go Raphaela.
-Spokój. Widzę, że skoro jesteście tacy rozbudzeni to ktoś przyjdzie i wyjaśni klasie na czym polega różnica między past countinnous i past simple.- Pan Smith popatrzył po klasie. Jego wzrok zatrzymał się na trzęsącym się Luke’u.
-To może Lucas White odpowie na to jakże trudne i wymagające pytanie?- zadrwił.
-Yyy…dobrze.
            Blondyn podszedł do katedry i stanął przodem do znienawidzonej klasy.
-Chodzi o to, że- zaczął niepewnym głosem.- prezent countinnous używa się do opisywania sytuacji, które dzieją się teraz, a prezent simple do czynności powtarzających się w danym czasie.- urwał widząc zawistny wzrok nauczyciela.
-Czy to twoje pedalstwo padło ci na mózg? Przecież wyraźnie mówiłem, że masz wyjaśnić różnicę między czasami przeszłymi, a nie teraźniejszymi idioto. Siadaj w ławce. Pała!
-Pała to mu zaraz będzie stała.- zanucili podwładni Anthony’ego. Oczywiście pozostali uczniowie zaraz się przyłączyli i po chwili w sali rozbrzmiewały śmiechy i melodia tej piosenki.
            Luke cały poczerwieniał na twarzy, w biegu złapał swoją torbę i wybiegł z sali trzaskając drzwiami.
            Gdy był już w domu, bez pardonu wbiegł do swojego pokoju i rzucił się na łóżko. Zaczął chlipać w poduszkę. Nie mógł się szybko uspokoić bowiem złamane serce wcale nie goi się tak łatwo. Tak. Dzisiaj jego małe serduszko pękło na miliony małych kawałeczków, których nie sklei nawet kropelka.
             Z pewnością płakałby jeszcze dłużej, gdyby nie przypomniał sobie o tym, że dzisiaj miała odbyć się licytacja drogich martenów, które musiał mieć. Z prędkością błyskawicy otarł łzy spływające jeszcze od czasu do czasu po jego twarzy i włączył komputer.
            Od razu wszedł na allegro i kupił buty. Udało mu się to w ostatnim momencie.
-Przynajmniej coś mi dzisiaj wyszło dobrze.- pocieszał się.
            Nie minęła nawet chwila, a chłopak zrozumiał, że zgłodniał, więc skierował swoje kroki do kuchni. Podszedł do lodówki i pogrzebał w niej trochę. Gdy znalazł jakąś sałatkę odwrócił się do szuflady pragnąc złapać widelec. Zamknął jeszcze drzwi pupą i zamarł. Talerzyk wyleciał mu z rąk i roztrzaskał się na piaskowych płytkach.
-Kim…Kim ty jesteś?- spytał lekko przestraszony widząc demona przebranego za Raphaela.
Demon nie odpowiadał, tylko zawzięcie wpatrywał się w zaszklone tęczówki chłopaka.
            Lucas zaczął się cofać do momentu, aż uderzył plecami w drzwi lodówki. Postanowił, że zamknie oczy i będzie czekał na szybko śmierć. Zrobił tak i oczekiwał najgorszego, jednak nic się nie zdarzyło. Otworzył oczy i nic. Niczego przed nim nie było.
-Może jestem zmęczony?- zastanawiał się.- Zapewne mi się to tylko przywidziało, przecież nikt  nie mógł wejść do mojego domu, przebrać się za mojego najlepszego kumpla i tak po prostu mnie nastraszyć.
            Złapał szybko za szufelkę i uprzątnął bałagan, jaki powstał. Wyrzucił jeszcze pobite naczynie do kosza i z powrotem udał się do swojego pokoju. Usiadł za biurkiem i gapił się nieprzytomnie w laptopa. Oparł się wygodniej o krzesło i czekał na sen. Niestety ten nie nadchodził, więc postanowił obejrzeć sobie jakiś horror. Padło na „Udręczonych”.
Zaczął oglądać. Nie doszedł nawet do momentu, gdy zasłona prysznicowa dusi główną bohaterkę, a zasnął.
            Śniło mu się, że biegł przez ciemny, potworny las całkiem sam. Nagle zza krzaków wypadł demon, którego widział niedawno i zaczął go gonić. Wołał, aby się zatrzymał i z nim porozmawiał, jednak chłopak nie miał takiego zamiaru. Pędził ile sił w nogach co chwilę się potykając i łapiąc równowagę. Z każdym krokiem słyszał coraz wyraźniej jęki potwora. Bredził on, że go kocha i ma na niego poczekać, że nic mu nie zrobi i dalej będą najlepszymi przyjaciółmi. Nie chciał tego słuchać.
Wbiegł na asfaltową drogę i nie zauważył pędzącego auta, które z niemałą siłą wjechało prosto w niego.
            Otworzył zdezorientowany oczy i odsapnął świeży powietrzem. Odwrócił głowę i kątem oka zerknął na zegarek. Było wpół do 8.00.
            Złapał za czyste ubrania i ruszył do łazienki. Wziął pospieszny prysznic, rozczesał włosy, umył zęby i był gotowy do wyjścia. Schodząc na dół zobaczył mamę.
-Dzień dobry synusiu. Jak się spało?- zapytała.
-Dobry. Całkiem dobrze.
-Masz tutaj kanapeczki do szkoły, żebyś nie zgłodniał.- powiedział wciskając mu w dłonie papierową torbę.
-Nie potrzebuję ich mamo.- mruknął wyraźnie nie zadowolony.
-No wiesz Luke’asiu. A ja się tak bardzo starałam, żeby ci smakowały.- zrobiła smutną minę.
-Dobrze, wezmę je.
-Oh… jak się cieszę. A może cię podwieźć syneczku?
-Nie dzięki. Pa.
-Pa pa kochanie. Tylko weź kurtkę.- krzyknęła za synem.
            Równo z dzwonkiem wkroczył do budynku i od razu poszedł do szatni. Zostawił tam kurtkę i nie spiesząc się wcale poszedł na salę gimnastyczną, bo pierwszą lekcją był W-F, na którym nie ćwiczył. Nie robił tego, nie dlatego, że nie mógł, tylko dlatego, że nie chciał się spocić i ubrudzić. Nie widział nic fajnego w bieganiu za piłką albo rzucaniu do kosza. Wolał tą lekcję spędzić bardziej produktywnie, na przykład na uczeniu się angielskiego. Nie lubił być najgorszy w klasie, więc musiał dużo zakuwać z tego przedmiotu.         
            W trakcie lekcji starał się nie zwracać uwagi na Raphaela. Jakoś nie chciał z  nim rozmawiać, bo czuł by się wtedy co najmniej nie zręcznie. Unikał go na każdej przerwie i próbował siadać z daleka od niego w pojedynczych ławkach. Aż do teraz mu się udało. Szykowała się ostatnia godzina tego dnia. Matematyka. Jest ona jedną z luźniejszych lekcji, więc nikt się do niej nie uczy.
            Standardowo Lukas poszedł do szatni, aby nie spotkać nikogo ze swoich znajomych i nie musieć wysłuchiwać ich niecenzuralnych żartów na jego temat. Siedział pod swoją ławką, szkicując coś w notatniku, aż poczuł na ramieniu dotyk. Wzdrygnął się i uniósł delikatnie głowę. Ujrzał smutnego Rafiego.
-Słuchaj, ty się na mnie za coś gniewasz?- wypalił na bezdechu.
-Nie, czemu tak uważasz?- spytał ozięble.
-No bo mnie unikasz cały dzień.
-Wydaje ci się.- podniósł torbę z ziemi i włożył do niej zamknięty notatnik.
-Przestań, przecież widzę.
-Wydaje ci się.- powtórzył.
-Oj! Porozmawiaj ze mną!- krzyknął lekko zdenerwowany.
-Nie będę z tobą gadał! Odsuń się!- odepchnął go na bok, tak że zszokowany uderzył plecami o szafki.
            Raphael podbiegł do oddalającego się blondyna i złapał go w pasie, po czym odwrócił przodem do siebie.
-Przykro mi, że tak zareagowałem, ale muszę ci coś powiedzieć.
-Słucham, ale się sprężaj, bo nie mam dużo czasu.- powiedział obojętnie.
-No…bo…- zaczął się jąkać,
-No wyduś to wreszcie!
-Podobaszmisięodbardzodawna,tylkobałemcisiępowiedziećtowcześniej.
-Co? Teraz to nie rozumiem.
- Podobasz mi się od bardzo dawna, tylko bałem ci się powiedzieć to wcześniej.
            Lucas zapowietrzył się ze złości i uderzył Rafiego z liścia w twarz. Przyjaciel patrzył na niego szklanym wzrokiem, oczekując wyjaśnienia.
-Jak śmiesz? Jak śmiesz tak sobie ze mnie żartować. Pewnie namówił cię do tego Anthony prawda?
-On do niczego mnie nie namawiał.-wyszeptał smutny.
-Czemu ci nie wierzę?- zaczął pukać palcem wskazującym w klatkę piersiową chłopaka, na co brunet zareagował kilkoma krokami w tył.
-Nie wiem, ale ja cię nigdy nie okłamałem i od dłuższego czasu coś do ciebie czuję.
-Nie kłam i daj mi spokój! Nienawidzę cię!- wydarł się i wyrwał z uścisku. Jak najszybciej poleciał do sali od matematyki na ostatnią lekcję tego felernego dnia.
            Po skończonej godzinie wrócił do domu nie odzywając się uprzednio do nikogo. Nie spieszył się wcale bowiem teraz u niego miało nikogo nie być. Mama znowu była na jakichś warsztatach, a tata jak zwykle w delegacji. Całe dzieciństwo siedział sam w domu, więc przyzwyczaił się do samotności i nie robiła ona na nim żadnego wrażenia.
            Wszedł do mieszkania i od razu poszedł do łazienki. Chciał jak najszybciej zmyć z siebie brud całego dnia. Otworzy drzwi do pomieszczenia, zapalił światło i napuścił wody do wanny. Do gorącej cieczy wlał olejek aromatyczny o zapachu świeżych brzoskwiń i mandarynek i nagi wszedł do niej. Czuł jak wszystkie zmartwienia go opuszczają, a ciało się odpręża. Wziął gąbkę i zanurzył ją w pianie utworzonej na powierzchni lustra wody. Obmył nią całe ciało.
            Nagle usłyszał ciche pukanie do drzwi. Nie przejmując się żadnymi konsekwencjami, w końcu w domu był sam, poprosił gościa do siebie. Położył się wygodniej w wannie przykrywając się w intymnych miejscach słodko pachnącą pianką. Nie minęła nawet minuta, a do łazienki ktoś wszedł. Lucas popatrzył na tą osobą i powiedział cześć.
-Cześć. – powiedział z lekką obawą.
-Kim jesteś?- spytał udając obojętnego, ale był za bardzo podekscytowany i się tym zdradził.
-Pamiętasz jak zobaczyłeś mojego kolegę i upuściłeś talerzyk?
-Nom.- mruknął zawstydzony.
-To był Axel. Ja jestem Victor i też jestem demonem.
-Co znaczy „też”?- spytał nie rozumiejąc.
-Boże, dzieciaku jaki ty jesteś nie rozgarnięty. Axel i ja jesteśmy demonami.
-Nie, nie, nie. Jak to ująłeś „demony” wcale nie istnieją.
-To co ja tu robię?- przewał Lucasowi.
-Jesteś po prostu wymysłem mojej bujne wyobraźni.- odpowiedział pewny swoich racji.
-Tak? A teraz?- spytał uderzając łokciem w lustro. Zwierciadło stłukło się na malutkie części i rozsypało po podłodze.
-Yyy…-jęknął zaskoczony i odsunął się jak najdalej mógł od demona.
-Nie bój się, nie chcę ci nic zrobić. Chcę po prostu pogadać, bo w moim królestwie jest nudno.
-O czym chcesz gadać?- spytał dalej uważnie obserwując nieproszonego gościa.
-O wszystkim. Może najpierw mi się przedstawisz, a potem ja powiem coś o sobie?
-Okej.- przytaknął i zaczął opowiadać.
            Mówił o swoim dzieciństwie, relacjach z rodzicami i innymi. O tym, że jest wyśmiewany, o swoim jedynym przyjaciel, który teraz już jest jego byłym przyjacielem. O swoich marzeniach, celach i pragnieniach. Powiedział mu nawet swoje najlepiej strzeżone sekrety i dużo więcej. Wspomniał mu nawet, że podobał mu się kiedyś Anthony i że teraz nic już do niego nie czuje poza obrzydzeniem.
            Demon zaś wspomniał mu o królestwie swojego ojca, o swoim rodzeństwie i wyjaśnił jak demony mogą swobodnie poruszać się między Ziemią a Hadesem.
-Wiesz co?- spytał demon.
-Co?
-Może zostaniemy przyjaciółmi, zabiorę cię kiedyś do Hadesu.
-W sumie brzmi fajnie. Z tobą mi się jakoś tak dobrze i lekko rozmawia.
-Cieszę się niezmiernie.- podszedł i przytulił chłopaka.

            Lucas odczuwając jakieś dziwne nie znane mu wcześniej uczucia zarumienił się.

wtorek, 28 kwietnia 2015

One Shot Nakamura

            
     Witam wszystkich oto pierwszy One Shot na zamówienie. Z wielką dedykacją dla Aliena.



                                                                                              Christopher  
                                                                                         Alexander
                                               
                                                         Nakamura

            Słońce praży, ptaszki śpiewają, a my zamiast na dworze siedzimy na korytarzu jak na szpilkach. Otóż po tej przerwie ma się odbyć sprawdzian z angielskiego. Prawdę mówiąc, to ja nawet lubię ten przedmiot, ale nauczyciel, który go uczy jest straszny.
            Pan Okami, bo tak mu na nazwisko, jest podstarzałym mężczyzną, który nie wie jak używać komputera czy drukarki, więc wszystkie nasze testy musimy pisać ręcznie. Niestety to zajmuje ponad 20 minut. Jakby nie patrzeć na rozwiązywanie zadań zostaje nam troszkę więcej niż połowa lekcji. Nikt normalny nie napisze klasówki w tak skrojonym czasie. To za mało.
            Wiele razy staraliśmy się wytłumaczyć mu, że tak nie można robić, ale on tylko mówił, że ma władzę w tej sali i będziemy chodzić jak w zegarku. Gdy próbowaliśmy coś dodawać, pan Okami zaczynał:
-Za moich czasów to…- i milkliśmy. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie lubi jak jakiś moher zaczyna gadać takim tonem.
            Dzwoni dzwonek, a moje szczupłe nogi coraz bardziej się trzęsą. W takich chwilach jak ta wszyscy uczniowie zmieniają się w zwierzynę łowną i starają się znaleźć dobre kryjówki.
            Nie dalej jak po dwóch minutach, najdłuższych w moim życiu, przyszedł wcześniej wspomniany belfer z radosną miną. Czasami mam wrażenie, że on jest w swoim żywiole, gdy stawia nam jedynki. Siadam w ławce i wyjmuję kartkę wraz z długopisem. Czuję się jakby przejechał po mnie pociąg, a potem walec i jeszcze raz pociąg. Normalnie jakby mnie ktoś wrzucił do pralki i włączył odwirowanie. Chyba zaraz zwymiotuję ze strachu. Nie mogę po raz kolejny oblać sprawdziany, bo potem nie nadążę z poprawami.
-Widzę, że jesteście już przygotowani, no to zaczynamy.- wrzeszczy zadowolony z siebie nauczyciel.
            W odpowiedzi my tylko mruczymy coś niezadowoleni.
-Podaj znaczenie następujących słów- kontynuuje niezrażony naszym zachowaniem.-filtr powietrza zabezpieczający prz…
-Przepraszam- do sali weszła młoda dziewczyna w, jak na moje oko, za krótkiej spódniczce i zbyt obcisłej koszulce. Na twarzy miała tak wyraźną tapetę, jakby malowała się pędzlem malarskim zamiast pędzlem do makijażu. Chyba ona chodzi do niższej klasy.- Przeszkadzam?
-A nie widać? Moja kochana klasa pisze test, do którego zapewne długi się uczyli, a ty marnujesz ich cenny czas. Czego chcesz?- warknął z nutą ironii w głosie.
-Pani Furoko powiedziała nam, że nie ma naszego wychowawcy i mamy przyjść do pana na lekcje.
-Ciekawe…Szanowna pani dyrektor nie powiedziała mi o żadnej zmianie. Pójdę się jej o to zapytać, a na razie wejdźcie do sali i zajmijcie wolne miejsca.
-Dobrze panie profesorze.- Dziewczyna odwraca się do swoich znajomych i po chwili wszyscy jak tabun dzikich krów wchodzą do pomieszczenia.
            Krzesło obok mnie zajmuje jakiś ładny chłopak o kruczoczarnych włosach. Mrugam do niego zalotnie, a on o dziwo zaczyna ze mną gadać.
            Nie za bardzo słucham co mówi, bo jestem zajęty patrzeniem się na jego genialnie wykrojone usta. Wyglądają jakby zostały poprawione przez jednego z najlepszych chirurgów. Trochę się na tym znam, bo mój tata pracuje w tym zacnym i dobrze płatnym zawodzie.
-Macie szczęście trzecia „N” upiekł się wam dzisiejszy test, bo klasa pierwsza ma z wami zajęcia. Nie cieszcie się zbytnio. Na jutro zrobię wam jeszcze trudniejsze pytania.- kurcze, nawet nie zauważyłem jak on wszedł do pomieszczenia.
            Nasza radość jak nagle się pojawiła, tak nagle zniknęła. Super, teraz to na pewno nie zdam tego głupiego angielskiego. Nawet nie mam co marzyć o świadectwie z czerwonym paskiem. Ciekawe jak napiszę maturę?
-Dobrze, teraz sprawdzę listę obecności. Ostrzegam, że jak tylko kogoś nie usłyszę, to wstawiam nieobecność.
            W sali zapanowała głucha cisza. Jestem pewny, że gdyby ktoś teraz rzucił na ziemię szpilkę to echo rozniosło by się po całym pomieszczeniu, które do małych nie należy.
-Eiji Nakato?
-Jestem.- odzywa się brunet z niższego roku.
-Nakamura…-wrzeszczy zdenerwowany nauczyciel.
-Jestem!- odpowiedziałem w tym samym czasie, co chłopak, z którym siedziałem w jednej ławce.
            Patrzę na niego zdziwiony z otwartą na oścież buzią.
-Christopher- dopowiada belfer- Co wy tacy zaskoczeni? Słuchać co się do was mówi, a nie się ocyndalacie nieroby.
-Nakamura  Alexander.
-Obecny- odpowiadam cicho.
-Jesteś Alexander?- pyta mnie chłopak.
-Tak. Miło mi ciebie poznać Christopher.- wyciągam otwartą dłoń w jego stronę.
            Christopher patrzy na mnie intensywnie zielonymi tęczówkami, w których mógłbym pływać, obserwując każdy mój najmniejszy gest.
-Jejku, tak się cieszę. W końcu cię znalazłem.
            Blondyn rzuca się na mnie w mocnym, niedźwiedzim uścisku i całuje mnie w lekko zaróżowiony policzek.
-Chodź.- mruczy i siłą wyciąga mnie z sali. Nawet nauczyciel nie zdaje sobie sprawy z tego, co przed chwilą zaszło między nami.
-Czekaj Chris. Wytłumacz mi o co ci chodziło?
-Szybciej. Wyjaśnię ci w domu.
            Biegniemy szybko nie zważając na to, że zapewne mamy nieobecność na angielskim. O dziwo bardzo szybko się porusza, tak więc zostaje mi tylko spróbować nadgonić coraz większa odległość, tworzącą się miedzy nami.
            Po chwili błyskawicznego truchtu skręcamy w prawo, w stronę zaciemnionego zaułku. Czuję jak ze strachu przechodzą mi ciarki po plecach.
            Jak pamiętam nigdy nie lubiłem takich miejsc. Zawsze starałem się je omijać jak najszerszym łukiem.
            Uderzam w jakiś metalowy, wystający słup i upadam na ziemię. Słyszę jeszcze tylko zwalniające kroki Christophera. Chyba odwraca się do mnie, aby mi pomóc.
            Budzę się w miękkim i cieplutkim łóżku. Staram się odkryć kołdrę, ale coś mi w tym przeszkadza. Coś ciężkiego leży tuż przy mnie i miarowo posapuje. Otwieram oczy przestraszony.
-Gdzie ja jestem? Czemu jestem nagi?- wrzeszczę w myślach.
            Czuję jak to coś przytula się do mnie, a ja wyczuwam, że tym czymś, a raczej kimś jest Christopher. Oddaje mu uścisk i nakrywam go swoją kołdrą.
            Nie przejmuję się tym, że jestem goły. W końcu leżę obok brata. On mi na pewno niczego nie zrobi. Po chwili zapadam w sen. Śnię o cudownej krainie, w której znajduję się z Chrisem.
            Otwieram wyspane powieki i leciutko się uśmiecham. Moja głowa spoczywa na klatce piersiowej chłopaka. Czuję jak jego ręka głaszcze mnie po czarnych włosach.
-O już nie śpisz?
-Nie- ziewam i przeciągam się bez skrępowania.- Wyjaśnisz mi w końcu dlaczego niby jesteśmy braćmi?
-Może to nie zabrzmi zbyt miło, ale jesteś adoptowany.
-Co!?
-Słuchaj i nie przerywaj! Moi rodzice są też twoimi rodzicami. Urodziłeś się 29.10.1997 roku.
-Skąd wiedziałeś?
-Mówiłem ci, jesteśmy braćmi. Od razu po urodzeniu zapadłeś w śpiączkę i w szpitalu powiedzieli mamie i tacie, że nie żyjesz. Długo rozpaczali i nawet zrobili ci pogrzeb. Później okazało się, że jednak nie jesteś martwy i rodzice pojechali cię szukać. Usłyszeli i tobie dopiero w jakimś nocnym klubie. Dwóch mafiosów sprzeczało się  o to, kto włączy cie do swojego gangu.
-Ale czemu?
-Mówiłem, nie przerywaj! Czemu? Bo nasi rodzice byli tajnymi agentami i mafia chciała ich zniszczyć, bo utrudniali im życie!
-Co znaczy byli?
-Zmarli na misji odbicia ciebie. Zdążyli tylko dać cię do przyjaciółki mamy. Miałeś wtedy cztery latka, a ja niecały roczek.
-A co się stało z tobą?
-Mieszkam u cioci.
-Przykro mi, ale twoja historia jest zbyt fantastyczna i ciężko mi w nią uwierzyć.
-To jak nie jesteś pewny, to pytaj o co chcesz.- mówi wilgotnym głosem.
-Włosy.
-Co włosy?
-Dlaczego są blond?
-Bo są farbowany. Ciocia i ja uważamy, że ładniej mi w takich.
-Okej… Chodź na chwilę.- ciągnę go w stronę wielkiego Listra.
            Nie patrzę nawet na jego zaskoczona twarz. Gapię się w taflę lustra. Kurczę… Jesteśmy do siebie bardzo podobni.
            Christopher uśmiecha się do mnie i powoli przybliża swoja twarz do mojej. Na moje policzki wstępuje nie znośny rumieniec. Chłopak chyba to zauważa, bo cichutko się śmieje. Patrzy mi prosto w oczy i muska moje wargi swoimi. Nieruchomieję i uchylam usta w niemym zaskoczeniu. Blondyn chyba traktuje to jako pozwolenie, bo jego mokry i ruchliwy język wkrada się do moich ust.
            Przez moment nie wiem co mam zrobić, więc po prostu go odpycham.
-My… Nie możemy… Jesteśmy braćmi…
-Możemy, możemy. Nikt nie musi się o tym dowiedzieć.
-Ale ja nie jestem gejem.
-Czy aby na pewno?- patrzy sugestywnie na moje nabrzmiałe krocze.
-Ta… Tak.- jąkam się.
            Christopher zdecydowanie łapie mnie za wybrzuszenie w bokserkach, a ja aż sapię z przyjemności. Usta chłopaka lądują na mojej odsłoniętej szyi. Aż drżę w spazmach rozkoszy. Nie mam gdzie podziać rąk, więc kładę je na karku zadowolonego Chrisa.
            Wskakuję na jego biodra i nogami przyciągam go do siebie. Jego ręce błądzą pod koszulką po moich plecach, a ja zagłębiam się w gorącym, namiętnym pocałunku. Czuję jak chłopak zanosi mnie do sypialni i opuszcza na łóżko. Po czym odsuwa się ode mnie, a ja mruczę zrezygnowany.
-Piękny.- szepce i całuje mój napięty brzuch.
            Powoli klęka przede mną, zaczyna odpinać guziki koszuli gładząc swój idealnie wyrzeźbiony tors. Mój przyjaciel coraz mocniej pręży siew mojej bieliźnie. Wzdycham i zamykam oczy. Dłonie chłopaka zsuwają moje czarne bokserki, tak że leżę nagi i chętny przed nim.
-Widzę, że jesteś gotowy.
            Nagi pochyla się nade mną i zatacza małe kółeczka wokół moich sutków. Mruczę, wyginam się i sapię z nieopisanej przyjemności.
            Kurczę, on jeszcze dobrze nie zaczął, a ja nie mogę opanować jęków. Ciekawe co będzie, gdy już we mnie wejdzie.
            Podciągam jego twarz do mojej i zaborczo go całuję. W tym samym czasie chłopak sięga do szafki nocnej i wyciąga z niej żel intymny. Po pokoju roznosi się cudowny zapach fuksji i lawendy z domieszką kardamonu. Skąd on wiedział, że uwielbiam to połączenie?
            Niespodziewanie jego palce suną między moimi pośladkami. Zastygam w bezruchu, ale  nie na długo bo on sięga do mojego spragnionego pieszczot penisa, dotykającego mojego brzucha.
-Aaaa…tak… rób… mi JESZCZE!- krzyczę gdy jego nawilżony, wskazujący palec zagłębia się we mnie.
            Wsuwa się i wysuwa rozciągając mnie w każdy możliwy sposób. Do jednego dołącza drugi, a potem kolejny. Czuję jak wypełniają mnie od środka, ale pragnę czegoś znacznie większego.
-Wejdź już we mnie!- krzyczę gdy trafia w czuły punkt- prostatę.
-Coś ty taki niegrzeczny?
-Zerżnij mnie wreszcie!- wiję się po całkiem skopanej pościeli.
            Chłopak wysuwa ze mnie swoje magiczne paluszki i zastępuje je swoim nabrzmiałym penisem. Po policzkach spływają mi łzy. W końcu to mój pierwszy raz, więc trochę boli. Christopher czeka aż przestanie mnie boleć i gdy daje mu sygnał, że jest okej, zaczyna się leniwie poruszać. Jego ruchy przyspieszają, a ja zaczynam odczuwam sporą przyjemność.
            Blondyn wychodzi ze mnie cały, by po chwili zanurzyć się znów po same jądra.
-Ach… Jesteś tak przyjemnie ciasny…
            Po tych krótkich słowach głośno dochodzę z jego imieniem na ustach. On jeszcze przez moment porusza się szybko, aż dochodzi opadając na mnie.
            Sapiemy ociężale. Spycham go i wtulam się w jego spocone ciało. W powietrzu wisi zapach udanego sexu. Jestem zmęczony, ale i szczęśliwy. Nigdy nie było mi tak dobrze jak w tej chwili.
-Chciałbym tak częściej.- szepczę cichutko.
-Kocham cię.- słyszę jego męski głos, na którego dźwięk dreszcze przechodzą mi po plecach.
-Ja ciebie też.
            Całuję go delikatnie. Ten pocałunek różni się od poprzednich. Jest powolny, nie pogłębiony i przepełniony miłością…



piątek, 24 kwietnia 2015

Nowe Życie 9

            Cześć, przychodzę do was z kolejną częścią Nowego Życia. Mam nadzieje, że wam się spodoba. Z góry przepraszam za jej długość i stylistykę, ale w tym tygodniu miałam testy i konkurs i tak jakoś zero czasu.
            Teraz notki będą dłuższe (a przynajmniej tak myślę), bo mam luz w szkole i jakbyście chcieli, to zbieram zamówienia na One Shoty. Jeżeli jest ktoś zainteresowany to piszcie: kitsunemiko248@gmail.com  .

                                                Nowe Życie (część dziewiąta)
        
         Czym prędzej wyszliśmy, z teraz już byłego, pokoju i przeszliśmy korytarzem w zupełnie inną część budynku. Po chwili byliśmy już  przy wielkich drzwiach od naszego nowego królestwa. W prawdzie miałem tam zamieszkać z Sehunem, ale skoro on woli przyjaźnić się z nim niż ze mną, to ja nie będę mu utrudniał wyboru i po prostu go zostawię.
            Wszedłem do gigantycznego pomieszczenia, utrzymanego w jasnoszarych barwach z domieszką czerni. Były tam nowoczesne meble i wielkie, przejrzyste okna, nadające temu miejscu przestrzenności. Popatrzyłem w bok i zauważyłem piękne łóżko z baldachimem. Właściwie to nie łóżko, tylko łoże małżeńskie. Było nakryte czarną narzutką z frędzlami po bokach. Odsłoniłem ją i ukazała się krwistoczerwona pościel z namalowanymi różami. Co dziwniejsze na poduszkach leżały płatki róż. Zrobiło mi się trochę dziwnie. Czy Sehun…Czy…Czy on próbował zaciągnąć mnie do łóżka? Na pewno bym się na to nie zgodził. Może i wyglądam na małe, bezbronne chucherko, ale umiem się obronić przed zagrożeniem.
-Krisiu, wiesz że tu jest tylko jedno łóżko?
-O! Faktycznie. Nie martw się, nie pogryzę cię w nocy. Możemy spać razem.
-Okej, może być…
-Spokojnie, nie jestem taki jak Pan Sehun.
-Czyli jaki?- zdziwiłem się.
-Niewyżyty. Nie rób takiej miny, przecież widziałem jak on na się ciebie gapi. Jakby cię chciał rozebrać, przelecieć i zostawić.
-Wcale nie! Sehun jest tylko moim przyjacielem, a przynajmniej on tak twierdzi i pracodawcą.
On nie chcę mnie, jak to ładnie ująłeś „rozebrać, przelecieć i zostawić”.
-Jasne… A ja jestem dziewczynką, nazywam się Marysia, jeżdżę na jednorożcach i pływam z syrenkami.
-Nie wiedziałem. Cały czas miałem cię za chłopca, ale przecież każdy może się pomylić.
-Ha ha ha… Nie irytuj mnie i chodź na zajęcia.
-Okej.- ucieszyłem się, w końcu zacznę się dokształcać i szybciej wrócę do domu.
            Poszliśmy do piwnicy, gdzie czekali już na nas, lekko rozdrażnieni, byli współlokatorzy. Nie zaszczyciłem ich nawet spojrzeniem i pośpieszyłem za brunetem. Klasa była w ciemnych, ale ciepłych barwach przypominających mi dom strachów. Usiadłem gdzieś w kącie na ziemi między nogami Krisa. Spojrzałem mu w oczy. Miał nieobecny i rozbiegany wzrok. Widać było, że przebywanie blisko brata sprawia mu psychiczny ból.
-Wstawać!- usłyszałem krzyk Tao. Zerwałem się z podłogi przestraszony stanowczością Pandzi. Nigdy się tak nie zachowywał.
-Nie patrz na mnie psie.- zwrócił się do mnie. Zastygłem w bezruchu z mocno bijącym sercem. O co mu chodzi? Takie zwracanie się do mnie jest niemiłe i mi uwłacza.
-Przepraszam.- powiedziałem nie do końca wiedzieć czemu. Jakoś tak wypadało przeprosić i umilknąć.
-Luhan podejdź.- wykonałem polecenie i dostałem z łokcia w brzuch. Popatrzyłem się na niego niezrozumiale i oberwałem jeszcze raz i kolejny. Charczałem i plułem krwią, ale jego to nie obchodziło. Wtedy zrobiłem chyba najgłupszą rzecz, jaka przyszła mi na myśl. Mianowicie oddałem mu. Moja chuda ręką z głośnym plaskiem wylądowała na jego policzku. Widziałem wściekłość w jego oczach, więc natychmiast uciekłem przed ciosem i schowałem się za przyjacielem. On tylko wyszeptał do mnie, że mam się poddać i błagać Tao o wybaczenie. Nie zrobiłem tego. Mam swoją godność. Nie będę się płaszczył przed chłopakiem, który jest ode mnie młodszy i zapewne głupszy. Stałem hardo za Krisem dopóki za mną nie pojawił się Sehun i nie złapał mnie w pasie. Podniósł mnie nad ziemie i wyminął Krisa. Niósł mnie jeszcze chwilę, aż natrafił na przeciwległą ścianę. Tam rzucił mnie tak, że obiłem sobie boleśnie tyłek. Zajrzałem mu w oczy, ale była w nich pustka. Zimna i bezlitosna pustka. Wyglądało to tak, jakby chłopak nie miał duszy i mieszkał w piekle. Przeraziłem się, przecież jeszcze do nie dawna z tych tęczówek biło przywiązanie do mojej osoby, a teraz? Pozostała tylko nienawiść.
            Powolnym krokiem podchodził do nas Tao trzymając coś za plecami. Mignęło mi to w słabym świetle, ale dalej nie potrafiłem rozpoznać co to jest. Wydawało się to błyszczące, długie i czarne. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, że był to jakiś drążek.
            Tylko po co miałby mu być drążek?- moje cichutkie myśli zostały przerwane przez świst pejcza. Czyli ten czarny przyrząd był batem.
-Wstawaj z tych kolan psie. Na co ty w ogóle czekasz? Na oklaski? Takie niskie formy życia jak ty nie zasługują na nie.- nie odezwałem się ani słowem, bo nie miałem ochoty oberwać jeszcze mocniej niż wcześniej. Wystarczy, że zapewne będę miał siniaki na brzuchu.
-Ściągaj ciuchy cioto.
-Ale…- jęknąłem, lecz nie dane mi było skończyć.
-Nie będę powtarzał po raz kolejny.
            Zszokowany jego zachowaniem wypełniłem polecenie i pozbyłem się koszulki.
-Co tak stoisz? Dalej. Będziesz mógł skończyć dopiero jak ci powiem.
            Odpiąłem pasek i zsunąłem spodnie do kolan. Niepewny swoich ruchów rzuciłem je razem ze skarpetkami w dół. W oczach zbierały mi się łzy. Nie chcę zdejmować bokserek przy nim. Mimo że nie jestem wierzący, to wzywałem Boga, aby mi pomógł. Ostatni raz, płaczliwie popatrzyłem na Tao. Stał przede mną wyprostowany, a jego usta układały się w pogardliwym uśmiechu skierowanym w moją stronę. Kilka pojedynczych łez spłynęło po moim policzku, na co Panda się roześmiał.
-Przestań. Podejdź do Sehuna i przed nim uklęknij.- zrobiłem to, po czym spojrzałem na niego.
-Okej, a teraz  rozepnij mu spodnie i je zsuń razem z bokserkami.- zacząłem drżeć przerażony.
-Proszę, nie każ mi tego robić. Ja nie chcę…
-Gówno mnie obchodzi czego ty chcesz kretynie! Masz wykonywać moje rozkazy!
            Ze spuszczoną głową zabrałem się za pasek Hunniego. Słone krople coraz mocniej leciały po mojej zaczerwienionej buzi, a ja postanowiłem ich nie ukrywać.
-Luhan nie rób tego.- wyszeptał Sehun.- Tao, każ mu przestać. Nie zmuszaj go do takich rzeczy.
-Myślałem że chcesz żeby on zrobił ci dobrze.- Sehun się zarumienił na te słowa.
-Przestań tak gadać. Nigdy nie mówiłem czegoś takiego.
-No jak nie, przecież wspominałeś w pokoju, że gdybyś dostał Lalusia w swoje łapki, to byś go przerżnął tak, że blondynek by nie wstał.
            Nie mogłem uwierzyć w słowa Tao. Sehun naprawdę by mi to zrobił? Myślałem, że jest inny. Najwidoczniej się pomyliłem co do niego. Szkoda, że okazał się takim kretynem, bo już zaczynał mi się podobać.
-Starczy!- kolorowo włosy podszedł szybkim krokiem do Tao i wyprowadził go z sali. Za drzwiami było słychać głośną kłótnię. Spojrzałem sugestywnie na Krisa i się zaśmiałem. O dziwo on też się uśmiechnął.
            Po chwili do klasy wszedł z powrotem mój pracodawca i warknął do nas, że mamy zapomnieć o tym co mówił Tao, bo to nie jest prawda. Po przekazaniu nam tej jakże ciekawej wiadomości, najzwyczajniej w życiu wyszedł.
-Miałem rację co do Sehuna.

-Oj, dobra miałeś. Przyznaję ci rację. To ja się myliłem o jakże najlepszy i najmądrzejszy Krisie.- ukłoniłem się w geście poddania i zacząłem się głośno śmiać. Byłem tak rozbawiony zaistniałą sytuacją, że tarzałem się po ziemi. W mgnieniu oka dołączył do mnie brunet i razem łaskotaliśmy się wydając coraz to dziwniejsze dźwięki z siebie.