piątek, 1 maja 2015

One Shot Odrzucenie


                     Pięknie witam wszystkich tu obecnych, zarówno tych komentujących, jak i tych wstydliwych. GOMEN'NASAI bo miałam wstawić kolejną część (już 10), ale wszystko mi na głowę spadło. musiałam się duuuuziooooo uczyć na sprawdzian z hiszpańskiego:/ (w końcu trzeba jakoś zdać) i jeszcze moja ukooochaaanaaa <śmieję się sarkastycznie> polonistka kazała nam nakręcić filmy. No i tego musiałam napisać jakieś dziwne opowiadanie, przekształcić je na scenariusz i tak dalej... MEGA WIELKIE PRZEPROSINY, ale dzisiaj nie wyrobię się już z kolejną częścią, bo idę na ognicho z klasą, Juhu!!! Ktoś mnie lubi!!!
                     Wstawiam wam pierwszą część mojego "filmowego" opowiadania. Zapraszam do czytania:)

A oto moje wyobrażenia postaci:

                                                                             Lucas    


                                                                          Raphael

                                                     ODRZUCENIE


            Korytarzem szedł Lucas. Był to niezbyt wysoki chłopak ubrany w czarną koszulkę z nadrukiem misia trzymającego gigantyczne serce, różową kamizelkę i ciemne spodnie w różno kolorowe gwiazdki. Na bardzo jasnych włosach, zaczesanych w mały koczek, znajdowała się różowa opaska z ćwiekami. Na szyi i palcach miał dużo biżuterii, a na paznokciach lamparcie cętki. Przez wzgląd na jego nietypowy wygląd był wyśmiewany przez rówieśników. Jedyną osobą, która go lubiła był jego przyjaciel, jeszcze z czasów podstawówki, Raphael. Chłopcy zawsze trzymali się razem i nigdy nie mieli nawet najmniejszej sprzeczki, a co dopiero poważnej kłótni.
            Gdziekolwiek blondyn  popatrzył słyszał donośne śmiechy Anthony’ego i jego świty. Teraz też tak było.
-Co się tak na mnie patrzysz geju?- spytał rozbawiony do granic możliwości Anthony.
-A co nie wolno mi jaśnie panie?- patrząc mu w oczy udał ukłon.
-Nie, bo nigdy nie wiadomo co roi się w tej twojej pedalskiej główce.
-Mów co chcesz, ale nie pociągają mnie takie bezduszne homofoby jak ty i twoje goryle.
-Tony, czy ten lachociąg właśnie nas przezwał?- odezwał się nie bardzo rozgarnięty Bob- przyjaciel i chyba najgłupszy sługus Athony’ego.
-Czy ty nie zapominasz gdzie twoje miejsce cioto?
            Anthony podszedł szybko do niczego niespodziewającego się Lucasa i pogładził jego policzek palcem. Chłopak momentalnie spiął się na ten gest.
-Wiesz, gdybyś nie był taki dziwny, to bym się z tobą umówił.- wymruczał do jego ucha.
-Tak? Bo wiesz podobasz mi się i mógłbym się dla ciebie zmienić.
            Nagle usłyszał głośny i nieprzyjemny dla uszu rechot.
-To był tylko żart śmierdzielu. W życiu nie umówiłbym się z tobą. Nie jestem pedałem.
            Lucasa to zabolało, ale starał się nie dać tego po sobie poznać. Czym prędzej uciekł  z korytarza, pełnego ludzi i schował się w opustoszałej szatni. Usiadł pod swoją szafką, która był najbardziej oddalona od drzwi wejściowych i zaczął płakać. Kiedyś bardzo podobał mu się Anthony i myślał nawet, że ma u niego jakieś szanse. W końcu najgłośniejszy homofon prawie zawsze okazuje się gejem, który nie może poradzić sobie ze swoją odmienną orientacją. Po chwili do pomieszczenia doszedł intensywnie słodki zapach perfum. Oho…czyli Raphael go szuka. Pewnie dowiedział się już co zaszło pomiędzy nim a Anthonym. Szkoda, nie chciał aby jego jedyny przyjaciel miał go za pedała. Pragnął aby ich relacje zostały na tym samym poziomie co były wcześniej, ale to już nie możliwe.
-O…Tu jesteś!- wykrzyknął zdyszany Rafi.
-Szukałem cię. Nie przejmuj się tym debilem. On ci po prostu zazdrości tego, że nie wstydzisz się tego kim jesteś.
-Czyli kim!? Głupim pedałem, któremu spodobał się największy, szkolny łobuz? Moje życie nie ma sensu. Wszyscy się ode mnie odsuwają. Tylko ty cały czas jesteś za mną. Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? Może się ponaśmiewać z nieudacznika?
-Przestań. Wcale tak nie myślę i ty także. Jesteś po prostu trochę zdenerwowany i gadasz głupoty. Chodź na angielski, bo pan Smith zaraz się na nas wkurzy.
-Okej.- mruknął przez łzy, ale wstał i poszedł za przyjacielem.
            Weszli do sali trochę spóźnieni, ale nikt nie zauważył, że ich nie ma. Wszyscy zajęci byli żartami na temat porannej akcji na korytarzu. Nikt nie zwracał uwagi na płaczącego Lucasa i pocieszającego go Raphaela.
-Spokój. Widzę, że skoro jesteście tacy rozbudzeni to ktoś przyjdzie i wyjaśni klasie na czym polega różnica między past countinnous i past simple.- Pan Smith popatrzył po klasie. Jego wzrok zatrzymał się na trzęsącym się Luke’u.
-To może Lucas White odpowie na to jakże trudne i wymagające pytanie?- zadrwił.
-Yyy…dobrze.
            Blondyn podszedł do katedry i stanął przodem do znienawidzonej klasy.
-Chodzi o to, że- zaczął niepewnym głosem.- prezent countinnous używa się do opisywania sytuacji, które dzieją się teraz, a prezent simple do czynności powtarzających się w danym czasie.- urwał widząc zawistny wzrok nauczyciela.
-Czy to twoje pedalstwo padło ci na mózg? Przecież wyraźnie mówiłem, że masz wyjaśnić różnicę między czasami przeszłymi, a nie teraźniejszymi idioto. Siadaj w ławce. Pała!
-Pała to mu zaraz będzie stała.- zanucili podwładni Anthony’ego. Oczywiście pozostali uczniowie zaraz się przyłączyli i po chwili w sali rozbrzmiewały śmiechy i melodia tej piosenki.
            Luke cały poczerwieniał na twarzy, w biegu złapał swoją torbę i wybiegł z sali trzaskając drzwiami.
            Gdy był już w domu, bez pardonu wbiegł do swojego pokoju i rzucił się na łóżko. Zaczął chlipać w poduszkę. Nie mógł się szybko uspokoić bowiem złamane serce wcale nie goi się tak łatwo. Tak. Dzisiaj jego małe serduszko pękło na miliony małych kawałeczków, których nie sklei nawet kropelka.
             Z pewnością płakałby jeszcze dłużej, gdyby nie przypomniał sobie o tym, że dzisiaj miała odbyć się licytacja drogich martenów, które musiał mieć. Z prędkością błyskawicy otarł łzy spływające jeszcze od czasu do czasu po jego twarzy i włączył komputer.
            Od razu wszedł na allegro i kupił buty. Udało mu się to w ostatnim momencie.
-Przynajmniej coś mi dzisiaj wyszło dobrze.- pocieszał się.
            Nie minęła nawet chwila, a chłopak zrozumiał, że zgłodniał, więc skierował swoje kroki do kuchni. Podszedł do lodówki i pogrzebał w niej trochę. Gdy znalazł jakąś sałatkę odwrócił się do szuflady pragnąc złapać widelec. Zamknął jeszcze drzwi pupą i zamarł. Talerzyk wyleciał mu z rąk i roztrzaskał się na piaskowych płytkach.
-Kim…Kim ty jesteś?- spytał lekko przestraszony widząc demona przebranego za Raphaela.
Demon nie odpowiadał, tylko zawzięcie wpatrywał się w zaszklone tęczówki chłopaka.
            Lucas zaczął się cofać do momentu, aż uderzył plecami w drzwi lodówki. Postanowił, że zamknie oczy i będzie czekał na szybko śmierć. Zrobił tak i oczekiwał najgorszego, jednak nic się nie zdarzyło. Otworzył oczy i nic. Niczego przed nim nie było.
-Może jestem zmęczony?- zastanawiał się.- Zapewne mi się to tylko przywidziało, przecież nikt  nie mógł wejść do mojego domu, przebrać się za mojego najlepszego kumpla i tak po prostu mnie nastraszyć.
            Złapał szybko za szufelkę i uprzątnął bałagan, jaki powstał. Wyrzucił jeszcze pobite naczynie do kosza i z powrotem udał się do swojego pokoju. Usiadł za biurkiem i gapił się nieprzytomnie w laptopa. Oparł się wygodniej o krzesło i czekał na sen. Niestety ten nie nadchodził, więc postanowił obejrzeć sobie jakiś horror. Padło na „Udręczonych”.
Zaczął oglądać. Nie doszedł nawet do momentu, gdy zasłona prysznicowa dusi główną bohaterkę, a zasnął.
            Śniło mu się, że biegł przez ciemny, potworny las całkiem sam. Nagle zza krzaków wypadł demon, którego widział niedawno i zaczął go gonić. Wołał, aby się zatrzymał i z nim porozmawiał, jednak chłopak nie miał takiego zamiaru. Pędził ile sił w nogach co chwilę się potykając i łapiąc równowagę. Z każdym krokiem słyszał coraz wyraźniej jęki potwora. Bredził on, że go kocha i ma na niego poczekać, że nic mu nie zrobi i dalej będą najlepszymi przyjaciółmi. Nie chciał tego słuchać.
Wbiegł na asfaltową drogę i nie zauważył pędzącego auta, które z niemałą siłą wjechało prosto w niego.
            Otworzył zdezorientowany oczy i odsapnął świeży powietrzem. Odwrócił głowę i kątem oka zerknął na zegarek. Było wpół do 8.00.
            Złapał za czyste ubrania i ruszył do łazienki. Wziął pospieszny prysznic, rozczesał włosy, umył zęby i był gotowy do wyjścia. Schodząc na dół zobaczył mamę.
-Dzień dobry synusiu. Jak się spało?- zapytała.
-Dobry. Całkiem dobrze.
-Masz tutaj kanapeczki do szkoły, żebyś nie zgłodniał.- powiedział wciskając mu w dłonie papierową torbę.
-Nie potrzebuję ich mamo.- mruknął wyraźnie nie zadowolony.
-No wiesz Luke’asiu. A ja się tak bardzo starałam, żeby ci smakowały.- zrobiła smutną minę.
-Dobrze, wezmę je.
-Oh… jak się cieszę. A może cię podwieźć syneczku?
-Nie dzięki. Pa.
-Pa pa kochanie. Tylko weź kurtkę.- krzyknęła za synem.
            Równo z dzwonkiem wkroczył do budynku i od razu poszedł do szatni. Zostawił tam kurtkę i nie spiesząc się wcale poszedł na salę gimnastyczną, bo pierwszą lekcją był W-F, na którym nie ćwiczył. Nie robił tego, nie dlatego, że nie mógł, tylko dlatego, że nie chciał się spocić i ubrudzić. Nie widział nic fajnego w bieganiu za piłką albo rzucaniu do kosza. Wolał tą lekcję spędzić bardziej produktywnie, na przykład na uczeniu się angielskiego. Nie lubił być najgorszy w klasie, więc musiał dużo zakuwać z tego przedmiotu.         
            W trakcie lekcji starał się nie zwracać uwagi na Raphaela. Jakoś nie chciał z  nim rozmawiać, bo czuł by się wtedy co najmniej nie zręcznie. Unikał go na każdej przerwie i próbował siadać z daleka od niego w pojedynczych ławkach. Aż do teraz mu się udało. Szykowała się ostatnia godzina tego dnia. Matematyka. Jest ona jedną z luźniejszych lekcji, więc nikt się do niej nie uczy.
            Standardowo Lukas poszedł do szatni, aby nie spotkać nikogo ze swoich znajomych i nie musieć wysłuchiwać ich niecenzuralnych żartów na jego temat. Siedział pod swoją ławką, szkicując coś w notatniku, aż poczuł na ramieniu dotyk. Wzdrygnął się i uniósł delikatnie głowę. Ujrzał smutnego Rafiego.
-Słuchaj, ty się na mnie za coś gniewasz?- wypalił na bezdechu.
-Nie, czemu tak uważasz?- spytał ozięble.
-No bo mnie unikasz cały dzień.
-Wydaje ci się.- podniósł torbę z ziemi i włożył do niej zamknięty notatnik.
-Przestań, przecież widzę.
-Wydaje ci się.- powtórzył.
-Oj! Porozmawiaj ze mną!- krzyknął lekko zdenerwowany.
-Nie będę z tobą gadał! Odsuń się!- odepchnął go na bok, tak że zszokowany uderzył plecami o szafki.
            Raphael podbiegł do oddalającego się blondyna i złapał go w pasie, po czym odwrócił przodem do siebie.
-Przykro mi, że tak zareagowałem, ale muszę ci coś powiedzieć.
-Słucham, ale się sprężaj, bo nie mam dużo czasu.- powiedział obojętnie.
-No…bo…- zaczął się jąkać,
-No wyduś to wreszcie!
-Podobaszmisięodbardzodawna,tylkobałemcisiępowiedziećtowcześniej.
-Co? Teraz to nie rozumiem.
- Podobasz mi się od bardzo dawna, tylko bałem ci się powiedzieć to wcześniej.
            Lucas zapowietrzył się ze złości i uderzył Rafiego z liścia w twarz. Przyjaciel patrzył na niego szklanym wzrokiem, oczekując wyjaśnienia.
-Jak śmiesz? Jak śmiesz tak sobie ze mnie żartować. Pewnie namówił cię do tego Anthony prawda?
-On do niczego mnie nie namawiał.-wyszeptał smutny.
-Czemu ci nie wierzę?- zaczął pukać palcem wskazującym w klatkę piersiową chłopaka, na co brunet zareagował kilkoma krokami w tył.
-Nie wiem, ale ja cię nigdy nie okłamałem i od dłuższego czasu coś do ciebie czuję.
-Nie kłam i daj mi spokój! Nienawidzę cię!- wydarł się i wyrwał z uścisku. Jak najszybciej poleciał do sali od matematyki na ostatnią lekcję tego felernego dnia.
            Po skończonej godzinie wrócił do domu nie odzywając się uprzednio do nikogo. Nie spieszył się wcale bowiem teraz u niego miało nikogo nie być. Mama znowu była na jakichś warsztatach, a tata jak zwykle w delegacji. Całe dzieciństwo siedział sam w domu, więc przyzwyczaił się do samotności i nie robiła ona na nim żadnego wrażenia.
            Wszedł do mieszkania i od razu poszedł do łazienki. Chciał jak najszybciej zmyć z siebie brud całego dnia. Otworzy drzwi do pomieszczenia, zapalił światło i napuścił wody do wanny. Do gorącej cieczy wlał olejek aromatyczny o zapachu świeżych brzoskwiń i mandarynek i nagi wszedł do niej. Czuł jak wszystkie zmartwienia go opuszczają, a ciało się odpręża. Wziął gąbkę i zanurzył ją w pianie utworzonej na powierzchni lustra wody. Obmył nią całe ciało.
            Nagle usłyszał ciche pukanie do drzwi. Nie przejmując się żadnymi konsekwencjami, w końcu w domu był sam, poprosił gościa do siebie. Położył się wygodniej w wannie przykrywając się w intymnych miejscach słodko pachnącą pianką. Nie minęła nawet minuta, a do łazienki ktoś wszedł. Lucas popatrzył na tą osobą i powiedział cześć.
-Cześć. – powiedział z lekką obawą.
-Kim jesteś?- spytał udając obojętnego, ale był za bardzo podekscytowany i się tym zdradził.
-Pamiętasz jak zobaczyłeś mojego kolegę i upuściłeś talerzyk?
-Nom.- mruknął zawstydzony.
-To był Axel. Ja jestem Victor i też jestem demonem.
-Co znaczy „też”?- spytał nie rozumiejąc.
-Boże, dzieciaku jaki ty jesteś nie rozgarnięty. Axel i ja jesteśmy demonami.
-Nie, nie, nie. Jak to ująłeś „demony” wcale nie istnieją.
-To co ja tu robię?- przewał Lucasowi.
-Jesteś po prostu wymysłem mojej bujne wyobraźni.- odpowiedział pewny swoich racji.
-Tak? A teraz?- spytał uderzając łokciem w lustro. Zwierciadło stłukło się na malutkie części i rozsypało po podłodze.
-Yyy…-jęknął zaskoczony i odsunął się jak najdalej mógł od demona.
-Nie bój się, nie chcę ci nic zrobić. Chcę po prostu pogadać, bo w moim królestwie jest nudno.
-O czym chcesz gadać?- spytał dalej uważnie obserwując nieproszonego gościa.
-O wszystkim. Może najpierw mi się przedstawisz, a potem ja powiem coś o sobie?
-Okej.- przytaknął i zaczął opowiadać.
            Mówił o swoim dzieciństwie, relacjach z rodzicami i innymi. O tym, że jest wyśmiewany, o swoim jedynym przyjaciel, który teraz już jest jego byłym przyjacielem. O swoich marzeniach, celach i pragnieniach. Powiedział mu nawet swoje najlepiej strzeżone sekrety i dużo więcej. Wspomniał mu nawet, że podobał mu się kiedyś Anthony i że teraz nic już do niego nie czuje poza obrzydzeniem.
            Demon zaś wspomniał mu o królestwie swojego ojca, o swoim rodzeństwie i wyjaśnił jak demony mogą swobodnie poruszać się między Ziemią a Hadesem.
-Wiesz co?- spytał demon.
-Co?
-Może zostaniemy przyjaciółmi, zabiorę cię kiedyś do Hadesu.
-W sumie brzmi fajnie. Z tobą mi się jakoś tak dobrze i lekko rozmawia.
-Cieszę się niezmiernie.- podszedł i przytulił chłopaka.

            Lucas odczuwając jakieś dziwne nie znane mu wcześniej uczucia zarumienił się.

wtorek, 28 kwietnia 2015

One Shot Nakamura

            
     Witam wszystkich oto pierwszy One Shot na zamówienie. Z wielką dedykacją dla Aliena.



                                                                                              Christopher  
                                                                                         Alexander
                                               
                                                         Nakamura

            Słońce praży, ptaszki śpiewają, a my zamiast na dworze siedzimy na korytarzu jak na szpilkach. Otóż po tej przerwie ma się odbyć sprawdzian z angielskiego. Prawdę mówiąc, to ja nawet lubię ten przedmiot, ale nauczyciel, który go uczy jest straszny.
            Pan Okami, bo tak mu na nazwisko, jest podstarzałym mężczyzną, który nie wie jak używać komputera czy drukarki, więc wszystkie nasze testy musimy pisać ręcznie. Niestety to zajmuje ponad 20 minut. Jakby nie patrzeć na rozwiązywanie zadań zostaje nam troszkę więcej niż połowa lekcji. Nikt normalny nie napisze klasówki w tak skrojonym czasie. To za mało.
            Wiele razy staraliśmy się wytłumaczyć mu, że tak nie można robić, ale on tylko mówił, że ma władzę w tej sali i będziemy chodzić jak w zegarku. Gdy próbowaliśmy coś dodawać, pan Okami zaczynał:
-Za moich czasów to…- i milkliśmy. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie lubi jak jakiś moher zaczyna gadać takim tonem.
            Dzwoni dzwonek, a moje szczupłe nogi coraz bardziej się trzęsą. W takich chwilach jak ta wszyscy uczniowie zmieniają się w zwierzynę łowną i starają się znaleźć dobre kryjówki.
            Nie dalej jak po dwóch minutach, najdłuższych w moim życiu, przyszedł wcześniej wspomniany belfer z radosną miną. Czasami mam wrażenie, że on jest w swoim żywiole, gdy stawia nam jedynki. Siadam w ławce i wyjmuję kartkę wraz z długopisem. Czuję się jakby przejechał po mnie pociąg, a potem walec i jeszcze raz pociąg. Normalnie jakby mnie ktoś wrzucił do pralki i włączył odwirowanie. Chyba zaraz zwymiotuję ze strachu. Nie mogę po raz kolejny oblać sprawdziany, bo potem nie nadążę z poprawami.
-Widzę, że jesteście już przygotowani, no to zaczynamy.- wrzeszczy zadowolony z siebie nauczyciel.
            W odpowiedzi my tylko mruczymy coś niezadowoleni.
-Podaj znaczenie następujących słów- kontynuuje niezrażony naszym zachowaniem.-filtr powietrza zabezpieczający prz…
-Przepraszam- do sali weszła młoda dziewczyna w, jak na moje oko, za krótkiej spódniczce i zbyt obcisłej koszulce. Na twarzy miała tak wyraźną tapetę, jakby malowała się pędzlem malarskim zamiast pędzlem do makijażu. Chyba ona chodzi do niższej klasy.- Przeszkadzam?
-A nie widać? Moja kochana klasa pisze test, do którego zapewne długi się uczyli, a ty marnujesz ich cenny czas. Czego chcesz?- warknął z nutą ironii w głosie.
-Pani Furoko powiedziała nam, że nie ma naszego wychowawcy i mamy przyjść do pana na lekcje.
-Ciekawe…Szanowna pani dyrektor nie powiedziała mi o żadnej zmianie. Pójdę się jej o to zapytać, a na razie wejdźcie do sali i zajmijcie wolne miejsca.
-Dobrze panie profesorze.- Dziewczyna odwraca się do swoich znajomych i po chwili wszyscy jak tabun dzikich krów wchodzą do pomieszczenia.
            Krzesło obok mnie zajmuje jakiś ładny chłopak o kruczoczarnych włosach. Mrugam do niego zalotnie, a on o dziwo zaczyna ze mną gadać.
            Nie za bardzo słucham co mówi, bo jestem zajęty patrzeniem się na jego genialnie wykrojone usta. Wyglądają jakby zostały poprawione przez jednego z najlepszych chirurgów. Trochę się na tym znam, bo mój tata pracuje w tym zacnym i dobrze płatnym zawodzie.
-Macie szczęście trzecia „N” upiekł się wam dzisiejszy test, bo klasa pierwsza ma z wami zajęcia. Nie cieszcie się zbytnio. Na jutro zrobię wam jeszcze trudniejsze pytania.- kurcze, nawet nie zauważyłem jak on wszedł do pomieszczenia.
            Nasza radość jak nagle się pojawiła, tak nagle zniknęła. Super, teraz to na pewno nie zdam tego głupiego angielskiego. Nawet nie mam co marzyć o świadectwie z czerwonym paskiem. Ciekawe jak napiszę maturę?
-Dobrze, teraz sprawdzę listę obecności. Ostrzegam, że jak tylko kogoś nie usłyszę, to wstawiam nieobecność.
            W sali zapanowała głucha cisza. Jestem pewny, że gdyby ktoś teraz rzucił na ziemię szpilkę to echo rozniosło by się po całym pomieszczeniu, które do małych nie należy.
-Eiji Nakato?
-Jestem.- odzywa się brunet z niższego roku.
-Nakamura…-wrzeszczy zdenerwowany nauczyciel.
-Jestem!- odpowiedziałem w tym samym czasie, co chłopak, z którym siedziałem w jednej ławce.
            Patrzę na niego zdziwiony z otwartą na oścież buzią.
-Christopher- dopowiada belfer- Co wy tacy zaskoczeni? Słuchać co się do was mówi, a nie się ocyndalacie nieroby.
-Nakamura  Alexander.
-Obecny- odpowiadam cicho.
-Jesteś Alexander?- pyta mnie chłopak.
-Tak. Miło mi ciebie poznać Christopher.- wyciągam otwartą dłoń w jego stronę.
            Christopher patrzy na mnie intensywnie zielonymi tęczówkami, w których mógłbym pływać, obserwując każdy mój najmniejszy gest.
-Jejku, tak się cieszę. W końcu cię znalazłem.
            Blondyn rzuca się na mnie w mocnym, niedźwiedzim uścisku i całuje mnie w lekko zaróżowiony policzek.
-Chodź.- mruczy i siłą wyciąga mnie z sali. Nawet nauczyciel nie zdaje sobie sprawy z tego, co przed chwilą zaszło między nami.
-Czekaj Chris. Wytłumacz mi o co ci chodziło?
-Szybciej. Wyjaśnię ci w domu.
            Biegniemy szybko nie zważając na to, że zapewne mamy nieobecność na angielskim. O dziwo bardzo szybko się porusza, tak więc zostaje mi tylko spróbować nadgonić coraz większa odległość, tworzącą się miedzy nami.
            Po chwili błyskawicznego truchtu skręcamy w prawo, w stronę zaciemnionego zaułku. Czuję jak ze strachu przechodzą mi ciarki po plecach.
            Jak pamiętam nigdy nie lubiłem takich miejsc. Zawsze starałem się je omijać jak najszerszym łukiem.
            Uderzam w jakiś metalowy, wystający słup i upadam na ziemię. Słyszę jeszcze tylko zwalniające kroki Christophera. Chyba odwraca się do mnie, aby mi pomóc.
            Budzę się w miękkim i cieplutkim łóżku. Staram się odkryć kołdrę, ale coś mi w tym przeszkadza. Coś ciężkiego leży tuż przy mnie i miarowo posapuje. Otwieram oczy przestraszony.
-Gdzie ja jestem? Czemu jestem nagi?- wrzeszczę w myślach.
            Czuję jak to coś przytula się do mnie, a ja wyczuwam, że tym czymś, a raczej kimś jest Christopher. Oddaje mu uścisk i nakrywam go swoją kołdrą.
            Nie przejmuję się tym, że jestem goły. W końcu leżę obok brata. On mi na pewno niczego nie zrobi. Po chwili zapadam w sen. Śnię o cudownej krainie, w której znajduję się z Chrisem.
            Otwieram wyspane powieki i leciutko się uśmiecham. Moja głowa spoczywa na klatce piersiowej chłopaka. Czuję jak jego ręka głaszcze mnie po czarnych włosach.
-O już nie śpisz?
-Nie- ziewam i przeciągam się bez skrępowania.- Wyjaśnisz mi w końcu dlaczego niby jesteśmy braćmi?
-Może to nie zabrzmi zbyt miło, ale jesteś adoptowany.
-Co!?
-Słuchaj i nie przerywaj! Moi rodzice są też twoimi rodzicami. Urodziłeś się 29.10.1997 roku.
-Skąd wiedziałeś?
-Mówiłem ci, jesteśmy braćmi. Od razu po urodzeniu zapadłeś w śpiączkę i w szpitalu powiedzieli mamie i tacie, że nie żyjesz. Długo rozpaczali i nawet zrobili ci pogrzeb. Później okazało się, że jednak nie jesteś martwy i rodzice pojechali cię szukać. Usłyszeli i tobie dopiero w jakimś nocnym klubie. Dwóch mafiosów sprzeczało się  o to, kto włączy cie do swojego gangu.
-Ale czemu?
-Mówiłem, nie przerywaj! Czemu? Bo nasi rodzice byli tajnymi agentami i mafia chciała ich zniszczyć, bo utrudniali im życie!
-Co znaczy byli?
-Zmarli na misji odbicia ciebie. Zdążyli tylko dać cię do przyjaciółki mamy. Miałeś wtedy cztery latka, a ja niecały roczek.
-A co się stało z tobą?
-Mieszkam u cioci.
-Przykro mi, ale twoja historia jest zbyt fantastyczna i ciężko mi w nią uwierzyć.
-To jak nie jesteś pewny, to pytaj o co chcesz.- mówi wilgotnym głosem.
-Włosy.
-Co włosy?
-Dlaczego są blond?
-Bo są farbowany. Ciocia i ja uważamy, że ładniej mi w takich.
-Okej… Chodź na chwilę.- ciągnę go w stronę wielkiego Listra.
            Nie patrzę nawet na jego zaskoczona twarz. Gapię się w taflę lustra. Kurczę… Jesteśmy do siebie bardzo podobni.
            Christopher uśmiecha się do mnie i powoli przybliża swoja twarz do mojej. Na moje policzki wstępuje nie znośny rumieniec. Chłopak chyba to zauważa, bo cichutko się śmieje. Patrzy mi prosto w oczy i muska moje wargi swoimi. Nieruchomieję i uchylam usta w niemym zaskoczeniu. Blondyn chyba traktuje to jako pozwolenie, bo jego mokry i ruchliwy język wkrada się do moich ust.
            Przez moment nie wiem co mam zrobić, więc po prostu go odpycham.
-My… Nie możemy… Jesteśmy braćmi…
-Możemy, możemy. Nikt nie musi się o tym dowiedzieć.
-Ale ja nie jestem gejem.
-Czy aby na pewno?- patrzy sugestywnie na moje nabrzmiałe krocze.
-Ta… Tak.- jąkam się.
            Christopher zdecydowanie łapie mnie za wybrzuszenie w bokserkach, a ja aż sapię z przyjemności. Usta chłopaka lądują na mojej odsłoniętej szyi. Aż drżę w spazmach rozkoszy. Nie mam gdzie podziać rąk, więc kładę je na karku zadowolonego Chrisa.
            Wskakuję na jego biodra i nogami przyciągam go do siebie. Jego ręce błądzą pod koszulką po moich plecach, a ja zagłębiam się w gorącym, namiętnym pocałunku. Czuję jak chłopak zanosi mnie do sypialni i opuszcza na łóżko. Po czym odsuwa się ode mnie, a ja mruczę zrezygnowany.
-Piękny.- szepce i całuje mój napięty brzuch.
            Powoli klęka przede mną, zaczyna odpinać guziki koszuli gładząc swój idealnie wyrzeźbiony tors. Mój przyjaciel coraz mocniej pręży siew mojej bieliźnie. Wzdycham i zamykam oczy. Dłonie chłopaka zsuwają moje czarne bokserki, tak że leżę nagi i chętny przed nim.
-Widzę, że jesteś gotowy.
            Nagi pochyla się nade mną i zatacza małe kółeczka wokół moich sutków. Mruczę, wyginam się i sapię z nieopisanej przyjemności.
            Kurczę, on jeszcze dobrze nie zaczął, a ja nie mogę opanować jęków. Ciekawe co będzie, gdy już we mnie wejdzie.
            Podciągam jego twarz do mojej i zaborczo go całuję. W tym samym czasie chłopak sięga do szafki nocnej i wyciąga z niej żel intymny. Po pokoju roznosi się cudowny zapach fuksji i lawendy z domieszką kardamonu. Skąd on wiedział, że uwielbiam to połączenie?
            Niespodziewanie jego palce suną między moimi pośladkami. Zastygam w bezruchu, ale  nie na długo bo on sięga do mojego spragnionego pieszczot penisa, dotykającego mojego brzucha.
-Aaaa…tak… rób… mi JESZCZE!- krzyczę gdy jego nawilżony, wskazujący palec zagłębia się we mnie.
            Wsuwa się i wysuwa rozciągając mnie w każdy możliwy sposób. Do jednego dołącza drugi, a potem kolejny. Czuję jak wypełniają mnie od środka, ale pragnę czegoś znacznie większego.
-Wejdź już we mnie!- krzyczę gdy trafia w czuły punkt- prostatę.
-Coś ty taki niegrzeczny?
-Zerżnij mnie wreszcie!- wiję się po całkiem skopanej pościeli.
            Chłopak wysuwa ze mnie swoje magiczne paluszki i zastępuje je swoim nabrzmiałym penisem. Po policzkach spływają mi łzy. W końcu to mój pierwszy raz, więc trochę boli. Christopher czeka aż przestanie mnie boleć i gdy daje mu sygnał, że jest okej, zaczyna się leniwie poruszać. Jego ruchy przyspieszają, a ja zaczynam odczuwam sporą przyjemność.
            Blondyn wychodzi ze mnie cały, by po chwili zanurzyć się znów po same jądra.
-Ach… Jesteś tak przyjemnie ciasny…
            Po tych krótkich słowach głośno dochodzę z jego imieniem na ustach. On jeszcze przez moment porusza się szybko, aż dochodzi opadając na mnie.
            Sapiemy ociężale. Spycham go i wtulam się w jego spocone ciało. W powietrzu wisi zapach udanego sexu. Jestem zmęczony, ale i szczęśliwy. Nigdy nie było mi tak dobrze jak w tej chwili.
-Chciałbym tak częściej.- szepczę cichutko.
-Kocham cię.- słyszę jego męski głos, na którego dźwięk dreszcze przechodzą mi po plecach.
-Ja ciebie też.
            Całuję go delikatnie. Ten pocałunek różni się od poprzednich. Jest powolny, nie pogłębiony i przepełniony miłością…



piątek, 24 kwietnia 2015

Nowe Życie 9

            Cześć, przychodzę do was z kolejną częścią Nowego Życia. Mam nadzieje, że wam się spodoba. Z góry przepraszam za jej długość i stylistykę, ale w tym tygodniu miałam testy i konkurs i tak jakoś zero czasu.
            Teraz notki będą dłuższe (a przynajmniej tak myślę), bo mam luz w szkole i jakbyście chcieli, to zbieram zamówienia na One Shoty. Jeżeli jest ktoś zainteresowany to piszcie: kitsunemiko248@gmail.com  .

                                                Nowe Życie (część dziewiąta)
        
         Czym prędzej wyszliśmy, z teraz już byłego, pokoju i przeszliśmy korytarzem w zupełnie inną część budynku. Po chwili byliśmy już  przy wielkich drzwiach od naszego nowego królestwa. W prawdzie miałem tam zamieszkać z Sehunem, ale skoro on woli przyjaźnić się z nim niż ze mną, to ja nie będę mu utrudniał wyboru i po prostu go zostawię.
            Wszedłem do gigantycznego pomieszczenia, utrzymanego w jasnoszarych barwach z domieszką czerni. Były tam nowoczesne meble i wielkie, przejrzyste okna, nadające temu miejscu przestrzenności. Popatrzyłem w bok i zauważyłem piękne łóżko z baldachimem. Właściwie to nie łóżko, tylko łoże małżeńskie. Było nakryte czarną narzutką z frędzlami po bokach. Odsłoniłem ją i ukazała się krwistoczerwona pościel z namalowanymi różami. Co dziwniejsze na poduszkach leżały płatki róż. Zrobiło mi się trochę dziwnie. Czy Sehun…Czy…Czy on próbował zaciągnąć mnie do łóżka? Na pewno bym się na to nie zgodził. Może i wyglądam na małe, bezbronne chucherko, ale umiem się obronić przed zagrożeniem.
-Krisiu, wiesz że tu jest tylko jedno łóżko?
-O! Faktycznie. Nie martw się, nie pogryzę cię w nocy. Możemy spać razem.
-Okej, może być…
-Spokojnie, nie jestem taki jak Pan Sehun.
-Czyli jaki?- zdziwiłem się.
-Niewyżyty. Nie rób takiej miny, przecież widziałem jak on na się ciebie gapi. Jakby cię chciał rozebrać, przelecieć i zostawić.
-Wcale nie! Sehun jest tylko moim przyjacielem, a przynajmniej on tak twierdzi i pracodawcą.
On nie chcę mnie, jak to ładnie ująłeś „rozebrać, przelecieć i zostawić”.
-Jasne… A ja jestem dziewczynką, nazywam się Marysia, jeżdżę na jednorożcach i pływam z syrenkami.
-Nie wiedziałem. Cały czas miałem cię za chłopca, ale przecież każdy może się pomylić.
-Ha ha ha… Nie irytuj mnie i chodź na zajęcia.
-Okej.- ucieszyłem się, w końcu zacznę się dokształcać i szybciej wrócę do domu.
            Poszliśmy do piwnicy, gdzie czekali już na nas, lekko rozdrażnieni, byli współlokatorzy. Nie zaszczyciłem ich nawet spojrzeniem i pośpieszyłem za brunetem. Klasa była w ciemnych, ale ciepłych barwach przypominających mi dom strachów. Usiadłem gdzieś w kącie na ziemi między nogami Krisa. Spojrzałem mu w oczy. Miał nieobecny i rozbiegany wzrok. Widać było, że przebywanie blisko brata sprawia mu psychiczny ból.
-Wstawać!- usłyszałem krzyk Tao. Zerwałem się z podłogi przestraszony stanowczością Pandzi. Nigdy się tak nie zachowywał.
-Nie patrz na mnie psie.- zwrócił się do mnie. Zastygłem w bezruchu z mocno bijącym sercem. O co mu chodzi? Takie zwracanie się do mnie jest niemiłe i mi uwłacza.
-Przepraszam.- powiedziałem nie do końca wiedzieć czemu. Jakoś tak wypadało przeprosić i umilknąć.
-Luhan podejdź.- wykonałem polecenie i dostałem z łokcia w brzuch. Popatrzyłem się na niego niezrozumiale i oberwałem jeszcze raz i kolejny. Charczałem i plułem krwią, ale jego to nie obchodziło. Wtedy zrobiłem chyba najgłupszą rzecz, jaka przyszła mi na myśl. Mianowicie oddałem mu. Moja chuda ręką z głośnym plaskiem wylądowała na jego policzku. Widziałem wściekłość w jego oczach, więc natychmiast uciekłem przed ciosem i schowałem się za przyjacielem. On tylko wyszeptał do mnie, że mam się poddać i błagać Tao o wybaczenie. Nie zrobiłem tego. Mam swoją godność. Nie będę się płaszczył przed chłopakiem, który jest ode mnie młodszy i zapewne głupszy. Stałem hardo za Krisem dopóki za mną nie pojawił się Sehun i nie złapał mnie w pasie. Podniósł mnie nad ziemie i wyminął Krisa. Niósł mnie jeszcze chwilę, aż natrafił na przeciwległą ścianę. Tam rzucił mnie tak, że obiłem sobie boleśnie tyłek. Zajrzałem mu w oczy, ale była w nich pustka. Zimna i bezlitosna pustka. Wyglądało to tak, jakby chłopak nie miał duszy i mieszkał w piekle. Przeraziłem się, przecież jeszcze do nie dawna z tych tęczówek biło przywiązanie do mojej osoby, a teraz? Pozostała tylko nienawiść.
            Powolnym krokiem podchodził do nas Tao trzymając coś za plecami. Mignęło mi to w słabym świetle, ale dalej nie potrafiłem rozpoznać co to jest. Wydawało się to błyszczące, długie i czarne. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, że był to jakiś drążek.
            Tylko po co miałby mu być drążek?- moje cichutkie myśli zostały przerwane przez świst pejcza. Czyli ten czarny przyrząd był batem.
-Wstawaj z tych kolan psie. Na co ty w ogóle czekasz? Na oklaski? Takie niskie formy życia jak ty nie zasługują na nie.- nie odezwałem się ani słowem, bo nie miałem ochoty oberwać jeszcze mocniej niż wcześniej. Wystarczy, że zapewne będę miał siniaki na brzuchu.
-Ściągaj ciuchy cioto.
-Ale…- jęknąłem, lecz nie dane mi było skończyć.
-Nie będę powtarzał po raz kolejny.
            Zszokowany jego zachowaniem wypełniłem polecenie i pozbyłem się koszulki.
-Co tak stoisz? Dalej. Będziesz mógł skończyć dopiero jak ci powiem.
            Odpiąłem pasek i zsunąłem spodnie do kolan. Niepewny swoich ruchów rzuciłem je razem ze skarpetkami w dół. W oczach zbierały mi się łzy. Nie chcę zdejmować bokserek przy nim. Mimo że nie jestem wierzący, to wzywałem Boga, aby mi pomógł. Ostatni raz, płaczliwie popatrzyłem na Tao. Stał przede mną wyprostowany, a jego usta układały się w pogardliwym uśmiechu skierowanym w moją stronę. Kilka pojedynczych łez spłynęło po moim policzku, na co Panda się roześmiał.
-Przestań. Podejdź do Sehuna i przed nim uklęknij.- zrobiłem to, po czym spojrzałem na niego.
-Okej, a teraz  rozepnij mu spodnie i je zsuń razem z bokserkami.- zacząłem drżeć przerażony.
-Proszę, nie każ mi tego robić. Ja nie chcę…
-Gówno mnie obchodzi czego ty chcesz kretynie! Masz wykonywać moje rozkazy!
            Ze spuszczoną głową zabrałem się za pasek Hunniego. Słone krople coraz mocniej leciały po mojej zaczerwienionej buzi, a ja postanowiłem ich nie ukrywać.
-Luhan nie rób tego.- wyszeptał Sehun.- Tao, każ mu przestać. Nie zmuszaj go do takich rzeczy.
-Myślałem że chcesz żeby on zrobił ci dobrze.- Sehun się zarumienił na te słowa.
-Przestań tak gadać. Nigdy nie mówiłem czegoś takiego.
-No jak nie, przecież wspominałeś w pokoju, że gdybyś dostał Lalusia w swoje łapki, to byś go przerżnął tak, że blondynek by nie wstał.
            Nie mogłem uwierzyć w słowa Tao. Sehun naprawdę by mi to zrobił? Myślałem, że jest inny. Najwidoczniej się pomyliłem co do niego. Szkoda, że okazał się takim kretynem, bo już zaczynał mi się podobać.
-Starczy!- kolorowo włosy podszedł szybkim krokiem do Tao i wyprowadził go z sali. Za drzwiami było słychać głośną kłótnię. Spojrzałem sugestywnie na Krisa i się zaśmiałem. O dziwo on też się uśmiechnął.
            Po chwili do klasy wszedł z powrotem mój pracodawca i warknął do nas, że mamy zapomnieć o tym co mówił Tao, bo to nie jest prawda. Po przekazaniu nam tej jakże ciekawej wiadomości, najzwyczajniej w życiu wyszedł.
-Miałem rację co do Sehuna.

-Oj, dobra miałeś. Przyznaję ci rację. To ja się myliłem o jakże najlepszy i najmądrzejszy Krisie.- ukłoniłem się w geście poddania i zacząłem się głośno śmiać. Byłem tak rozbawiony zaistniałą sytuacją, że tarzałem się po ziemi. W mgnieniu oka dołączył do mnie brunet i razem łaskotaliśmy się wydając coraz to dziwniejsze dźwięki z siebie.

piątek, 17 kwietnia 2015

Nowe Życie 8



Dzięki wszystkim, za to że jesteście za mną i pragnę wam ogłosić, że za tydzień rozdział już będzie poprawiony, bo znalazłam sobie betę :) Miłego czytania.


                                                       NOWE ŻYCIE (część ósma)



-To długa historia…
-A my mamy dużo czasu- wtrąciłem się i pociągnąłem chłopaków na swoje posłanie.
-Ah…na dobra. Od czego by tu zacząć?
-Może od początku?- rzuciłem lekko podenerwowany.
-Okej, ale ta historia jest raczej bardzo osobista i proszę was nie mówcie nikomu tego.- popatrzyłem zdziwiony na Sehuna, ale przytaknąłem.
-Hmm…-westchnął przeciągle Kris i zaczął swoją opowieść.- Było to jakieś sześć lat temu. Jak nie trudno policzyć, miałem wtedy jedenaście, a Tao siedem lat. Mieszkaliśmy razem w pokoju w naszej willi. W pomieszczeniu obok spali nasi rodzice. Mama była blondynką o oczach niebieskich niczym bezchmurne niebo. Wiecznie była uśmiechnięta. Wszyscy zazdrościli tacie tego, że mama jest taka wspaniała. Jak byli razem zawsze śmiali się nawet z najgorszych pomyłek. Nigdy się nie smucili…aż do pewnego czasu. Przyszedłem wtedy do domu trochę wcześniej niż zwykle, bo nie było trenera i nie chciało mi się zostawać samemu w stajni. Otóż wraz z moim młodszym bratem byliśmy mistrzami w jeździe konnej juniorów. Wracając, stanąłem na progu domu i zadzwoniłem kołatką. Nikt nie odpowiedział więc powtórzyłem czynność. Przypomniałem sobie właśnie, że przecież mam klucze, więc sięgnąłem do torby i wyjąłem je. Otworzyłem wrota i cichaczem udałem się do kuchni po coś do picia. Nie chciałem ganiać służby. Wolałem zrobić to sam. Teraz żałuję. Gdybym kogoś zawołał…poprosił…nie…nie doszłoby do tego.- rozpłakał się. Próbowałem go pocieszyć, ale on mi się wyrwał, usiadł na ziemi między nami i ciągnął swoją opowieść.- W podskokach podszedłem do lodówki i zaniemówiłem. Za nią ukryta była moja mama. Miała szarą taśmę klejącą na ustach i była spętana grubą liną. Od razu sięgnąłem do szuflady po nóż. Chciałem ją uwolnić. Najpierw ostrożnie zerwałem jej knebel z buzi. Ona w tym czasie kręciła głową i płakała. Nie wiedziałem co robi, ale zabrałem się za przecinanie węzłów. Trochę mi to zajęło, ale w końcu się udało. Mama była wolna. Przytuliła się do mnie tak, jakby były to nasze ostatnie wspólne chwile. Pocałowała mnie delikatnie w czoło i szepnęła, żebym zaopiekował się bratem. Spytałem jej o co jej chodzi, ale ona tylko zatkała mi usta ręką i wyszła z kuchni łapiąc nóż. Po cichutku poszedłem za nią po schodach. Uważnie stawiałem kroki, aby żaden ze starych schodków nie zaskrzypiał pod moim ciężarem. Kobieta z wyciągniętym przed sobą ostrym narzędziem, skręciła w prawo, do gabinetu taty. Nie zamknęła za sobą drzwi, więc przez szparę obserwowałem całe zajście. Zbliżała się coraz bardziej do śpiącego z głową na biurku, taty. Wyglądał tak uroczo kiedy spał. Zamachnęła się i…ja zacząłem krzyczeć. Byłem przestraszony i bardzo zdziwiony przebiegiem sytuacji. Dlaczego moja mamusia chciała zrobić tatusiowi krzywdę?- pytałem siebie. Mój głośny krzyk, a właściwie pisk zbudził tatę, który od razu sięgnął do szuflady w biurku i wyciągnął pistolet. Bez pardonu skierował go w stronę zszokowanej kobiety, która tylko prychnęła wściekle. Czy ty myślisz, że taka mała pukawka mnie powstrzyma?- spytała i rzuciła się na tatę, wbijając mu nóż w klatkę piersiową. Mężczyzna nie był jej dłużny. Strzelił jej prosto między oczy i popatrzył na mnie szczerze i ze współczuciem. Ułożył wargi w słowa „przepraszam, zawsze będę kochał ciebie i twojego brata kochanie” i osunął się bez życia na ziemię. Po chwili obok niego leżała mama. Wszędzie naokoło było pełno krwi. Po cały domu unosił się jej drażniący, metaliczny zapach. Płakałem. Natychmiast podbiegłem do ich zwłok i zacząłem drzeć się na całe gardło, żeby sobie ze mnie nie żartowali i wstawali. Po chwili do pomieszczenia weszła zdziwiona krzykami pokojówka. Zaczęła krzyczeć coś po hiszpańsku. Nie zrozumiałem z tego zbyt wiele, ale chyba wzywała Boga. Rzuciła się biegiem do telefonu i wezwała  pogotowie. Ja w tym czasie praktycznie leżałem na jeszcze ciepłych zwłokach moich rodziców. Łkałem i przytulałem ich ciała. Moja koszula była cała we krwi.- chłopak otarł łzy spływające mu po pliczkach i kontynuował.-Nie minęło dużo czasu, a w pokoju pojawili się lekarze. Odciągnęli mnie od rodziców i posadzili na kanapie w rogu. Jeden nich uklęknął nad moją mamą i zaczął badać jej puls. Za chwilę zrobił to samo mojemu tacie i wstał z podłogi. Jego biały fartuch był cały czerwony od posoki. Na twarzy malował mu się smutek. Podszedł do pokojówki i pokręcił przecząco głową. Wiedziałem co to znaczy. Wybiegłem z pokoju, a następnie z domu. Biegłem ile sił w nogach aż zatrzymałem się na plaży. Niebo było ciemne, zbliżała się burza. Morze uderzało o skały, a ja siedziałem na jednej z nich, przeklinając swoje życie. Nie wiem kiedy, ale usnąłem. Obudziłem się w szpitalu. Byłem wyziębiony. Moje oczy były napuchnięte i czerwone. Miałem ochotę jeszcze płakać i wyrzucić z siebie ten smutek, który mnie opanował, ale nie miałem czym. Łzy mi się skończyły. Odwróciłem głowę i zobaczyłem Tao. Leżał w nogach mojego łóżka przytulając Pana Misia. Była to jego ulubiona przytulanka. Dostał ją kiedyś od taty jak byliśmy w wesołym miasteczku. Wyglądał jak anioł. Podczołgałem się do niego i mocno  przytuliłem. Otworzył oczy, a ja go pocałowałem. Nie wiem czemu to zrobiłem, może po prostu chciałem dać mu odrobinę wsparcia. Zrobiło mi się głupio, bo chłopak nie zareagował na moje wyznanie. Nie oddał mi pocałunku, ale też mnie nie odepchnął. Oderwałem się od niego speszony i wbijając wzrok w klinicznie czystą podłogę wyszeptałem słowa przeprosin. Nie chciałem spojrzeć mu w oczy. Myślałem, że go zawiodłem i że więcej się do mnie nie odezwie. Myliłem się. Chłopak otworzył szeroko oczy i po chwili przylgnął do mnie. Złączył nasze usta w chaotycznym pocałunku. Bez zastanowienia oddałem się błogiemu uczuciu. Od tej chwili, aż do wczoraj byliśmy razem.- pociągnął nosem.- Później dowiedziałem się, że moja mama była poważnie chora. Wyobrażała sobie, że za wszystkimi jej niepowodzeniami staliśmy ja i mój brat. Nie dopuszczała do siebie myśli, że to może wcale nie być prawdą. Nawet jak tata usiłował jej to tłumaczyć, ona tylko prychała i mówiła, że nie słusznie broni tych „pomiotów szatana”. Nigdy tak do nas nie powiedziała, ale podobno zdarzało to się jej dosyć często, gdy nie było nas w pobliżu. Tata próbował ją uspokajać za każdym razem, gdy wybuchała, a zdarzało się to coraz częściej. W końcu mama nie wytrzymała i pobiła tatę. On dalej ją szaleńczo kochał i jej to wybaczył. Nawet wysłał ją na terapię, niestety ona nie pomogła, znaczy tylko na jakiś czas, ale efekty i tak nie były takie jak oczekiwano. Gdy firma hotelarska mojej mamy upadła, ona zdenerwowała się tak bardzo, że próbowała udawać ofiarę i sama się związała i ukryła w kuchni. Resztę już znacie, więc nie będę jej powtarzał.
-Bardzo mi przykro Kris, ale dalej nie rozumiem jednej rzeczy.
-Jakiej?
-Czemu powiedziałeś do Sehuna Panie?
-Ojejku… pokrótce chodzi o to, że cała nasza rodzina i znajomi się od nas odwrócili, więc byliśmy zdani tylko na siebie, a właściwie to na dom dziecka. Przesiedzieliśmy w nim niecały miesiąc, a potem zostaliśmy adoptowani przez jakiegoś opryskliwego faceta, który zamiast zawieźć nas do domu, umieścił nas na targu niewolników. Jedyne co z tego pamiętam, to to, że siedzieliśmy przez dobę w ciemnym pomieszczeniu. Nie dostaliśmy nawet wody i jedzenia. Ponadto mieliśmy na sobie tylko jakieś dziwne, obcisłe przepaski na biodrach. Tao cały czas płakał i się trząsł. Próbowałem go jakoś uspokajać, ale on tylko bardziej rozpaczał. Śmierć rodziców i ta sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy bardzo wpłynęła na jego zdrowie psychiczne. Dawniej był otwarty, ufny i po prostu uroczy, a potem zmienił się w bezdusznego chama, ale cóż zrobić…taki też mi się podobał.
            Zdrzemnąłem się, a jak otworzyłem oczy ujrzałem przed sobą stalowe kraty. Zastanawiałem się wtedy, czy aby nie trafiłem do więzienia, ale po chwili mi przeszło. Razem z Tao znajdowaliśmy się w klatce, stojącej na środku wielkiej sceny. Naokoło nas byli ludzie z numerkami w rękach. Przeszywali nas wzrokiem, a my siedzieliśmy prawie nago przed nimi. Wtem podszedł do nas mężczyzna i zaczął aukcję. Zdziwiłem się i popatrzyłem na brata, ale on był w tak dużym szoku, że nie kontaktował co się z nim dzieje. Nie wiem czemu, ale ludzie byli gotowi zapłacić za nas niebotyczne sumy. W końcu wygrał nas jakiś niebieskooki blondyn w szarym płaszczu. Miał miękkie rysy twarzy i łagodny uśmiech. Wyglądał na góra siedemnaście lat. Spodobał mi się od razu i cieszyłem się z tego, że będziemy mieszkać u niego. Niestety tak się nie złożyło. Chłopak zawiózł nas do tej szkoły i obiecał, że nas stąd zabierze, jak tylko będzie mógł. Jak na razie nie przyjechał… a wracając do tego jak cię nazwałem, to jesteś po prostu do niego trochę podobny, z charakteru. Słyszałem o tobie wiele dobrych rzeczy i jakoś tak sobie ciebie utożsamiłem z nim. Nawet nie pamiętam jak miał na imię. Coś chyba na „Yu”, ale dalej nie wiem.- zawiesił się i wtedy zamyślony Sehun się odezwał:
-Jeszcze raz, jak on wyglądał?
-No był blondynem, miał jasnoniebieskie oczy i łagodne rysy twarzy.
-A, spoko.- zamyślił się jeszcze bardziej.
-O co chodzi Hunie?- spytałem.
-Co? A nie, nic. Jakoś tak po prostu mnie natchnęło.- Okej…postanowiłem nie drążyć tematu.
-To może się rozpakujesz?- zaproponowałem.
-Myślałem, że ty mnie rozpakujesz Lusiu.- patrzył się nieprzytomnie w okno.
-A tak, już się za to zabieram. Tu też mam być twoją głupią pokojówką Panie? – zapytałem z jadem, którego on chyba nie wyczuł.
-Skoro tak chcesz…
            Nie wytrzymałem. Czy on myślał, że może mną pomiatać tylko dlatego, że  dla niego pracuję? Nie będzie tak… Zamachnąłem się i zamkniętą ręką uderzyłem go w nos. Chłopak wyrwał się z nostalgii i popatrzył na mnie ze zdziwieniem w oczach, które potem zmieniło się na, ból? Tak, to chyba był ból, ale nie taki fizyczny, raczej psychiczny. Od jego intensywnego spojrzenia aż zmiękły mi nogi i zaschło mi w ustach.
-Przepraszam- szepnąłem zniesmaczony swoim karygodnym zachowaniem, ale młodszy tego nie usłyszał, bo wybiegł z pokoju. Za nim utworzyła się mała ścieżka z krwi. Czyżbym aż tak mocno go uderzył? Niemożliwe, przecież jestem chucherkiem bez krzty siły. Postanowiłem za nim pobiec, ale zatrzymał mnie opanowany jak zwykle Kris.
-Nie idź za nim. Chodź ci pomogę.- zaproponował.
-Ale w czym?
-No przecież miałeś przebrać się w jakieś ciuszki i poukładać jego rzeczy.
-I ty przeciwko mnie?- spytałem z udawanym żalem, na co Kris się zaśmiał.
-No leć już.- uderzył mnie leciutko w tyłek i zaczął wypakowywać ubrania z walizek.
-Wszedłem do łazienki i zdjąłem z siebie koszulę i spodnie, a zamiast nich założyłem krótką czarną sukienkę, pończochy, stringi i buty na lekkiej koturnie. Związałem jeszcze włosy w koczek i wyszedłem uszczęśliwiony z pokoju. Jakoś tak tęskno mi było za tym strojem. Mimo że uwłaczał mojej męskości, to się do niego przywiązałem.
            Stanąłem za Krisem i podziwiałem mięśnie rysujące się pod jego przylegającą koszulką. Jejku, jakie on ma boskie mięśnie- rozmarzyłem się, ale po chwili oprzytomniałem i zabrałem się do roboty. Chłopak składał ubrania, a ja biegałem po całym pokoju i umieszczałem je w szafkach i szufladach. Skończyliśmy po jakichś 30 minutach, a Sehuna dalej nie było. Stwierdziliśmy zgodnie, że on jest dużym dzieckiem i nie ma co się o niego martwić, więc poszliśmy na stołówkę. Usiedliśmy przy jednym z bocznym stolików i zabraliśmy się za jedzenie spaghetti. Było bardzo dobre, jedyne co psuło atmosferę to Tao. Otóż ocierał się on o jakichś nieprzyjemnych typków i wrzeszczał jakie to on ma potrzeby. A to wszystko na oczach kochającego go Krisa. Biedny chłopak. Ja na jego miejscu pewnie bym się załamał, ale on jest silny, albo po prostu ukrywa swoje uczucia. Raczej to drugie. Pewnie nikt poza mną tego nie zauważył, ale jemu bardzo zależy na bracie. On go szczerze kocha i z jego miny wnioskuje, że byłby wstanie oddać za niego życie. Szkoda, że ja nie mam nikogo takiego.- Myśląc tak  smętnie, nad moją drugą, wyimaginowaną połówką nie zauważyłem jak do naszego stolika podchodzi rozjuszony Sehun.
            Zjadłem obiad i nie zwracając uwagi na otoczenie wstałem od stolika. Za swoimi plecami usłyszałem obelgi na mój temat, więc postanowiłem się odwrócić i przypatrzyć z bliska osobie, która rozsiewa o mnie nie prawdziwe plotki. Otworzyłem szerzej oczy i zbaraniałem. Tą osobą był Sehun we własnej osobie. Rozmawiał sobie z Tao, który siedział mu na kolanach. Poczułem iskierkę zazdrości, ale nic nie zrobiłem. Zamknąłem powieki i starałem się sobie wmówić, że to tylko zły sen. Przecież to nie może się dziać naprawdę. Jak osoba, której bezgranicznie zaufałem, mogła okazać się takim dwulicowym śmieciem. Popatrzyłem z rozczarowaniem na Krisa, który… płakał? Podszedłem do niego i wyszeptałem mu na uchą, aby poszedł za mną. Chłopaka niezauważalnie kiwnął głową i już po chwili byliśmy w drodze do naszego pokoju. Spakowaliśmy swoje rzeczy (znaczy moje i Krisa) i ostatecznie opuściliśmy to pomieszczenie. Nie miałem ochoty oglądać jak osoba, na której mi zależy mizia się z osobą, na której zależy mojemu przyjacielowi.
            Nie dziwcie się tak. Kris jest moim przyjacielem. Jakoś te ostatnie wydarzenia i szczera rozmowa zbliżyły nas do siebie.

piątek, 10 kwietnia 2015

Nowe Życie 7

                                           
                   Sorki, za błędy, które mogą się pojawić, ale starałam się wyłapać wszystkie i je poprawić. Ale cóż... nikt nie jest idealny. Jeżeli zobaczycie już jakieś, to piszcie o nich w komentarzach. Zapraszam do czytania:)


                                               NOWE ŻYCIE (część siódma)



            Wpadłem do pokoju chłopaków jak burza. Nie chciałem żeby to oni byli nowymi nauczycielami blondynka, no ale ktoś musiał skoro ja nie mogłem. Nikogo nie było w pomieszczeniu, więc postanowiłem usiąść na jednym z łóżek, mam tylko nadzieję, że to nie jest łóżko braci, bo nie chcę się czymś zarazić. Nigdy nie wiadomo co oni robią jak nikogo nie ma w pobliżu. Po nich można spodziewać się wszystkiego, tylko nie normalnych zachowań. Dla nich normalne jest całowanie się na wspólnych lekcjach, a potem odwalanie striptizu przy nie letnich… czemu tacy ludzie muszą tu mieszkać?
            Nagle drzwi otworzyły się z głuchym skrzypnięciem. Natychmiast wyrwałem się ze swoich rozmyślań i odwróciłem głowę w stronę hałasu.
-Co tu robisz Xiu?- spytał milutko Tao.
-Ile razy mam ci powtarzać, że masz tak do mnie nie mówić Pando?
-Oj nie bulwersuj się tak Xiu.
-Czy ty jesteś głuchy czy głupi!?
-Ani jedno ani drugie Xiu.- westchnąłem przeciągle. Z nim to jak ze ścianą.
-Przyszedłem żeby wam powiedzieć, że od jutra wy jesteście nauczycielami Luhana.
-Czemu, czyżbyś nie dał rady takiemu potulnemu barankowi?
-Nie, po prostu mam ważniejsze rzeczy do roboty- skłamałem bez mrugnięcia okiem.
-Oj kochanie nie musisz przed nami zatajać prawdy. Mogłeś po prostu powiedzieć, że sobie nie radzisz i nie musiałbyś być dla nas wtedy opryskliwy.
-Skończ już Tao. Mówię ci prawdę.- znowu ominąłem prawdę.
            Chłopak spojrzał na mnie ostrzegawczo, po czym przeniósł się na posłanie obok mnie. Próbowałem się jak najbardziej od niego odsunąć, jednak młodszy mi to uniemożliwiał.
-Czemu się tak odsuwasz. Nie martw się, nikt się nie dowie, że ze sobą spaliśmy.
-My ze sobą nie spaliśmy ciołku.
-No właśnie, jeszcze nie, ale można łatwo to zmienić.- dzieciak przybliżył się do mnie bardziej, tak że prawie siedział mi na kolanach. Podniósł swój głupi łeb w moją stronę i zaczął mnie namiętnie całować. Ja w tym czasie próbowałem go od siebie jak najmocniej odsunąć, ale on okazał się za silny. W końcu przez długie lata chodził na sztuki walki, więc nie ma co się dziwić, że nie mam z nim żadnych szans.
            W chwili gdy chłopak zawzięcie  próbował zjeść mi twarz, drzwi do pokoju się otworzyły i stanął w nich Kris. Popatrzył się na nas bez większego zainteresowania i usiadł na przeciwległym łóżku. „Znaczy na szczęście siedzę na meblu blondynka”- przemknęło mi przez myśl, al. Szybko wypchnąłem to z głowy.
-Wiecie, na mnie już pora. Przypomniało mi się właśnie, że muszę zadzwonić w jedno miejsca. Więc ten tego… do kiedyś.
-Pa kocie- szepnął nie pocieszony Tao.
-Mhm.- odezwał się starszy z rodzeństwa.
            „WOW!”- to był pierwszy raz kiedy on coś powiedział. No może nie do końca powiedział, ale mruczenie chyba też można zaliczyć do odpowiedzi.
                       

            *  *  * ( z perspektywy Krisa)
           
            Wszedłem do naszego pokoju i co zobaczyłem? Mojego kochanego braciszka obściskującego się z Panem Xiuminem. Myślałem, że ukręcę mu tą jego pandziową głowę. O ile mnie pamięć nie myli, nie dawno mówił mi, że kocha tylko mnie i pragnie tylko mnie, a teraz nagle rzuca się w objęcia osoby, która się go brzydzi. No super… jestem ciekawy dlaczego to zrobił. Czyżby chciał dać mi nauczkę za to, że jestem ostatnio jakiś przygaszony? Nie moja wina, że nasz jakże zacny właściciel opiernicza mnie wiecznie za to, że szkolenie się przedłuża. To naprawdę nie moja wina. To Tao naumyślnie zawala wszystkie egzaminy, a ja za to obrywam. Czy ten przygłupi kretyn uważa, że on tu zostanie. Przecież jak nasz pobyt tutaj się  przedłuży za bardzo to wyślą nas w gorsze miejsce i to prawdopodobnie osobno.
-Słuchaj, mam do ciebie prośbę Taoś.
-Nie teraz Kris. Jestem zajęty.- mówiąc to wyłożył się wygodniej na łóżku naszego nowego współlokatora i nakrył się puchatym kocykiem.
-Czy ty mnie nie słyszysz jełopie- zdenerwowałem się, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, więc podszedłem do niego i usiadłem na brzegu. Chłopak usilnie udawał, ze nie ma mnie obok niego. Westchnąłem głośno i pochyliłem się nad nim. Chyba myślał, że chcę go cmoknąć, ale miałem inny pomysł. Gdy wystawił mi policzek, zamachnąłem się i boleśnie go uderzyłem. Młodszy zerwał się natychmiast z posłania, trzymając się za czerwone miejsce. Niestety nie przewidziałem tego, że on jest taki słaby i chyba ciut za mocno go klepnąłem. Nie wiem czemu tak myślę… w końcu on ma w oczach chęć morgu, czyli jak zawsze. Nic nowego.
-Czemu to zrobiłeś?- spytał wściekły, próbując mi oddać jednak w porę przytrzymałem jego wiotkie łapki z dala od mojej pięknej twarzyczki.
-Bo jak coś do ciebie mówiłem, to nie reagowałeś.
-Czy człowiek nie może już nawet odpocząć w spokoju, tylko napastują go głupi starsi bracia.- powiedział to z taką nie skrywaną nienawiścią, że aż mi się zrobiło przykro. Widać, że zasłużyłem na taki traktowanie.
-Posłuchaj mnie uważnie…
-Nie, to ty mnie posłuchaj Kris. Nie mam zamiaru z tobą dalej z tobą być, po tym jak się na mnie wyżyłeś.- przerwał mi.
-Co…?- spytałem nie mogąc uwierzyć w jego podłe słowa. Wiedziałem i słyszałem co powiedział, ale byłem w zbyt dużym szoku, żeby to wstrętne zdanie do mnie doszło.
-Czy… czy ty na pewno tego chcesz…?
-Tak! Duszę się w tym głupim związku z tobą. Czemu ja byłem taki głupi i trwałem z tobą w tej toksycznej relacji przez sześć lat?- Dobra, to zabolało jeszcze bardziej.
-Skoro sobie tego życzysz. – przytaknąłem próbując ukryć łzy w oczach.
-Tak! Idź już sobie, nie chcę cię wiedzieć. Nigdy cię ni kochałem. Zawsze zależało mi tylko na tym ,żeby mnie ktoś ostro zerżnął.
            Nie chciałem już słuchać więcej, wiec wstałem z pościeli i skierowałem się czy prędzej za drzwi.


            *  *  *( z perspektywy Luhana)

            Obudziłem się w jakimś dziwnym miejscu. Nie miałem pojęcia gdzie się obecnie znajduję. Wokół mnie stało dużo łóżek i ogólnie było bardzo biało. Próbowałem się podnieść, ale byłem mocno okryty satynową kołdrą, która uniemożliwiała mi ruchy. Zacząłem się wiercić jakbym miał owsiki w tyłku, aż w końcu udało mi się wyswobodzić prawą rękę. Podniosłem ją do twarzy, aby odgarnąć naprzykrzającą się grzywkę. Po chwili pokiwałem głową w zmyśleniu. Ten wystrój… on mi coś przypomina. Czy to…TO JEST SZPITAL!? Co ja tu robię? Boże, a jak już nie żyję? Umarłem? NIEEE…byłem taki młody. Nie zdążyłem powiedzieć Sehunowi co do niego czuję.
-Widzę, że już się obudziłeś kochaneczku. – odwróciłem głowę.
-Tak psze pani.
-Jaka tam ze mnie pani, możesz mówić do mnie ciociu. Inaczej czuję się staro, a przecież taka nie jestem.
-Dobrze ciociu. A co ja tu właściwie robię?
-Wypoczywasz. Przyniósł cię tu Xiumin. Mówił, że spadłeś ze schodów. Nie martw się często się to zdarza. Nie wstawaj. Zaraz przyjdzie Kris z Tao i cię wezmą do pokoju…- okej nie wiem czemu, ale ja pamiętam inną wersję wydarzeń. Wydawało mi się, że Xiu się na mnie wkurzył za odepchnięcie i mnie skopał. Ciekawe czemu kłamał. Nie zdążyłem zastanowić się nad pytaniem dłużej bo do pomieszczenia weszli chłopcy.
-Możemy go już stąd zabrać?- spytał niechętnie Kris.
-Oczywiście kotki, tylko opiekujcie się nim.
-Jasne.- po tych słowach podszedł do mnie starszy z braci i wziął mnie na ręce.
-Dowidzenia – krzyknęliśmy chórem i opuściliśmy salę.
-Ty się nim zajmij. Ja nie mam czasu idę kogoś wyrwać. Czuję, że moja dupcia potrzebuje nowego przyjaciela.
            Kris nie odpowiedział na zaczepkę Pandy. Zamiast tego w jego oku zobaczyłem małą łzę, którą starał się ukryć. Ciekawe o co mogło chodzić. Jednego dnia nie mogą się od siebie odkleić, a drugiego skaczą sobie do gardeł. Prawie jak normalne rodzeństwo. Tak…gdyby byli przeciętnymi braćmi, to by się ni obmacywali w wolnych chwilach.
Chłopak wszedł do naszego pomieszczenia, a ja przeżyłem nie mały szok. Tutaj stało trzecie łóżko. Ktoś się do nas wprowadza? Kolega widząc to wyraźnie posmutniał, ale nie chciał się do tego przyznać. Postanowiłem, że to od niego wyciągnę.
-Co wam się stało?
-Nic, wydaje ci się Lu.
-Oj nie kłam Krisiu. Mi możesz powiedzieć. – mój rozmówca westchnął i wtulił się potulnie we mnie.
-Bo się pokłóciliśmy.
-Serio? Nie zauważyłem.- zironizowałem.
-No widzisz. Już wiesz.
-Hej no powiedz mi o co się pokłóciliście.
-No bo…- widziałem łzy w jego oczkach.- on mnie już nie chce.
-Wymyślasz. On cię kocha najbardziej na świecie.
-Wcale nie, sam mi to wykrzyczał.- teraz brunet już płakał, a raczej wył jak wilk w czasie pełni księżyca.
-Oj no nie płacz i powoli mi to wyjaśnij.
-Okej…- pociągnął nosem i zaczął objaśniać mi ich zawiłą relację, a ja w tym czasie próbowałem wymyślić jakoś filozoficzną odpowiedź. Gdy już skończył przytuliłem go do siebie i szepnąłem, żeby się nie przejmował i dał mu wolną rękę. W końcu moja mama zawsze powtarzała, że jak kocha to wróci.
-Dzięki za wszystko, a teraz idź na dół.
-Ale czemu?- zdziwiłem się. Czyżbym wymamrotał coś nie tak?
-Nie patrz tak na mnie. Jakiś kolorowo włosy chłopak stoi na korytarzu i wypytuje o ciebie.
-A wiesz może jak ma na imię i czego chce?
-Sehun i nie mam zielonego pojęcia. Idź już, widać, że zależy mu na tym spotkaniu.
-Pa pa.- pochyliłem się nad nim i lekko cmoknąłem go w zaczerwieniony policzek.- A ty śpij w tym czasie.- mruknąłem szybko i wybiegłem pędem z pokoju.
            Faktycznie na samym dole przy kręconych schodach stał Hunnie. Wyglądał nie ziemsko. Miał na sobie czarne, obcisłe spodnie i biało- różowo- fioletową koszulę, uwydatniającą jego mięsnie brzucha. Wszędzie wokół niego były porozrzucane walizki.
-Hej Sehunnie.- przywitałem niegrzecznie.- Dawno się nie widzieliśmy.
-Tak. Miałeś do mnie codziennie dzwonić.
-Sorki, zapomniałem. Byłem trochę zajęty. Po co przyjechałeś?
-Martwiłem się o ciebie. Nie dzwoniłeś, nie pisałeś i nawet nie odpowiadałeś. Myślałem, że ci się coś stało, więc jestem.
-A co ze szkołą?
-Spoko, będę się uczył tutaj, a ty będziesz mieszkał razem za mną Luluś. Nie przytulisz się do mnie? Myślałem, że tęskniłeś.
-Tak tylko…- nie zdążyłem dokończyć, bo chłopak rzucił mi się na szyję, ściśle przytulając się do mojego szczupłego torsu.
-Nic nie mów.- wyszeptał w moją szyję. Próbowałem się wyrwać, ale on unieruchomił mi rączki.- Chodź do pokoju, rozpakuję się i pogadamy.
-Okej.- ruszyłem do mojego lokum, a Hunnie bez toreb poszedł za mną. Przeszedłem spokojnie przez skomplikowany układ korytarzy i już po chwili byłem pod upragnionymi drzwiami.
-Tutaj.- wskazałem ręką wrota i bez pukania wszedłem do naszego królestwa.- Poznaj Krisa.
-Hej Kris. Jesteś współlokatorem Lusia?
-Ta…- mruknął nie chętnie.
-Czemu on taki jest?- zwrócił się do mnie.
-Chłopak z nim zerwał, Sehun.- na to imię Kris odwrócił się w naszą stronę i prawie spadł z łóżka, jednak szybko się zreflektował i ucieszony podszedł do nas.
-Pan Sehun. Miło mi pana poznać. Przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie, było nie na miejscu. Mam nadzieję, że pan mi wybaczy.- schylił się i prawie klęczał przed niższym od siebie chłopakiem.
-Spoko. Wstawaj z tych klęczek i nie mów do mnie „panie”, bo czuję się nie zręcznie.
-Dobrze Sehun.
-Czemu ty tak do niego mówisz?- skierowałem wzrok na bruneta.
-To długa historia…
-A my mamy dużo czasu- wtrąciłem się i pociągnąłem chłopaków na swoje posłanie.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Nowe Życie 6

            Jak już pisałam wcześniej rozdział się pojawia dzisiaj. Następny będzie już planowo, więc nie denerwujcie się za małe opóźnienie.               

                                   Nowe Życie (część szósta)


            Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi ale wokół mnie kafelki były zabarwione na czerwono. Czyżby to moje…? Głośno przełknąłem ślinę i powiedziałem, że nic się nie stało i żeby nie płakał już więcej i zabrał mnie do pielęgniarki. Rudy zgodził się i chwilę później pędziliśmy już do gabinetu lekarskiego. Znaczy to on pędził, bo ja siedziałem mu na barkach. Zaczęło mi się kręcić w głowie i zbierać na wymioty. Moje powieki były coraz cięższe, ale nadal próbowałem przezwyciężyć tę senność. Wbiegliśmy do małego gabinetu i nastała ciemność…       
           

            *  *  *  (z perspektywy Xiumia)

            Czekałem. Czemu on się nie chce obudzić? Leży tu już przez bite cztery godziny, a ja nie wiem co robić. Pielęgniarka powiedziała, że mam przy ni siedzieć i jakby się obudził wytłumaczyć mu sytuację, jednak na razie się na to nie zapowiada. Jak tak sobie patrzę na Luhana to mam wrażenie, że wygląda niczym anioł. Jego miękkie blond włoski opadają na poduszkę wokół niego tworząc swego rodzaju aureolę. Usta ma lekko uchylone i wygięte w delikatnym uśmiechu. Ciekawe o czym tak myśli… Może o mnie? Cóż byłoby fajnie, bo nie zaprzeczę on mi się podoba, i nie tylko mi. W naszej szkole jest pełno uczniów, którzy chcieliby go spróbować. Jednak czy jest możliwe, że po tym wszystkim on wybrałby mnie? Raczej nie. Nie ma się co łudzić Xiumin. Owszem przyjemnie było go całować i przytulać, ale jemu się to chyba nie podobało. Chociaż sam nie wiem… na początku zdawał się być zagubiony, ale potem odpowiadał na moje zaczepki, więc nie ogarniam czemu mnie ugryzł. Czyżbym posunął się za daleko? Nie, na sto procent nie. Przecież to nie było nic wielkiego. Wszyscy tutaj tak robią. A może on jest inaczej wychowany i dla niego takie niewinne zachowania nie są takie znowu niewinne? No nie wiem. Następnym razem nie będę inicjował żadnych zbliżeń i tym podobnych. Poczekam aż on wykona pierwszy krok i mi zaufa. W końcu do cierpliwych świat należy…

            *  *  *
           
            Śniło mi się, że jestem gdzieś na jakimś konkursie tańca. Stoję na scenie i zaczynam tańczyć. Wszyscy na około biją mi brawo, a ja pochłonięty muzyką nie kojarzę co dzieję się wokół mnie. Wszystkie bodźce docierają do mnie z opóźnieniem. Nagle zza głównych drzwi wychodzi Sehun. Co on tu robi? Nie powinien być w domu i wyżywać się na jakimś chłopaku? Niespodziewanie chłopak podbiega do mnie i rzuca się na mnie całując namiętnie. Przyciska mnie swoim ciałem d zimnego parkietu, a aj nie protestuję. Jego biodra ocierają się o moje sugestywnie. Muzyka cichnie, a po sali rozchodzi się mój głośny jęk. Całe moje ciało płonie, ale nie zważam na to i chcę coraz więcej. Nie jestem w stanie się uspokoić. Mrugam kilkakrotnie, żeby się obudzić z tego wstydliwego snu, jednak to wcale nie pomaga. A wręcz jest coraz gorzej. Za każdym zamknięciem powiek coś się zmienia. Nie są to rzeczy istotne, ale jednak. Najpierw tłum zamienia się w uczniów tej szkoły. Potem oni podchodzą coraz bliżej mnie i Sehuna Skandując imię Xiumina. Następnie sędziowie zamieniają się w nauczycieli i oceniają moje pieszczoty w skali od jeden do dziecięciu. Z kolejnym zamknięciem powiek scena zamienia się w klasę lekcyjną, a Sehun w rudowłosego Xiumina. Chłopak łapie moje nadgarstki i unieruchamia je nad moją głową. Po pomieszczeniu rozchodzi się kolejny jęk. Tym razem nie jest on oznaką podniecenia tylko strachu. „Kolega” wkłada mi rękę pod koszulkę i jeździ nią po moim płaskim brzuchu. Rozpina mój rozporek i masuje mojego penisa przez bokserki. Mam łzy w oczach. Nie chcę tego przeżywać ponownie. Boję się, że tym razem może do czegoś dojść. Mój oprawca odwraca mnie na brzuch i całując mój kark zsuwa mi spodnie z pupy, a ja ryczę na cały głos. Usiłuję się wyrwać, ale on jest dla mnie za silny. Ostatkiem sił próbuję kopnąć go piętą w plecy ale nie dosięgam. Już czuję niechybny koniec, więc zaczynam krzyczeć…

            *  *  *( z perspektywy Xiumina)
           
            Jejku, siedziałem tu już kolejną godzinę i nic się do tej pory nie stało. Od tego ślęczenia w jednej pozycji nie czułem tyłka, a tym bardziej nóg. Chyba powinienem się przejść. A co jeśli on się obudzi? Nie… to raczej nie możliwe. Nie ogarnął się przez tyle czasu, to pięć minut go raczej nie zbawi.
             Powoli wstałem z łóżka chłopaka i wyprostowałem kończyny. Przeszedł przez nie ten specyficzny prąd, którego chyba nikt nie lubi i niespiesznie ruszyłem w stronę stołówki. Trochę zgłodniałem. Zjem coś i wrócę do gabinetu. Może jemu też coś przyniosę?
Wszedłem do wielkiej sali i zamówiłem dwa razy naleśniki z Nutellą. Mam nadzieję, że ten młodziak lubi ten orzechowo-czekoladowy krem. Szybko zjadłem obiad i podziękowałem ludziom za to, że po mnie sprzątną. Dziś dyżur przypadał tym dziwnym braciom, których niespecjalnie lubię. Jeżeli się nie mylę to nazywają się Tao i Kris i chyba mieszkają razem z blondynkiem w pokoju. Współczuję mu. Jak on sobie radzi z tymi niewyżytymi niedołęgami? Gdybym miał dzielić z nimi jedno pomieszczenie, to z pewnością bym ich zaciupał już pierwszej nocy, ale cóż… wcale nie jestem od nich dużo lepszy.
Zwinąłem jeszcze ze stołu talerz dla Luhana i bujając w obłokach coraz bardziej zbliżałem się do miejsca, w którym leżał. Po chwili zapukałem w delikatnie w drzwi, ale po czasie zreflektowałem się, że i tak nikt mi nie otworzy, bo młody jest chwilowo nieprzytomny. Wparowałem do gabinetu i zobaczyłem jak Luhan kręci się na łóżku, krzyczy i kopie niewidzialnego wroga. Odstawiłem szybko talerzyk na stolik i zacząłem go uspokajać, jednak nic to nie dało. Zdenerwowałem się bo nie chciałem patrzyć jak on cierpi i postanowiłem nim potrząsać. Robiłem to z coraz większą siłą, a on leżał pode mną i płakał.  W końcu nie wytrzymałem i uderzyłem go lekko w twarz. Blondyn natychmiast uchylił zmęczone powieki i zaczął się trząść.
-Co się stało? – spytałem przejęty.
            Niestety  nie odpowiedział mi tylko rozejrzał wokół. Jego wzrok wylądował na naczyniu z obiadem.
-Zjedz. Zrobi ci się lepiej. Przyniosłem ci je ze stołówki. Jeszcze powinny być w miarę ciepłe…- nie dane mi było dokończyć, bo oberwałem szklanym naczyniem w głowę.
-O…Odejdź stąd i nigdy nie wracaj – usłyszałem przestraszony głos.
-Nie denerwuj się, nic ci nie zrobię. Wybacz mi tamto. Nie mogłem się powstrzymać.
            Chłopak otworzył szerzej oczy, a w jego tęczówkach pojawiły się wesołe ogniki. Oh… cieszę się że tak szybko mi wybaczył. Usiadłem z powrotem na jego posłaniu z zamiarem przytulenia go, jednak on miał zupełnie inny plan niż ja. Rzucił się na mnie z krzykiem i zaczął okładać mnie pięściami. Gdy leżałem na ziemi usiadł na mnie okrakiem i wyładowywał na mnie swoją złość. To nie bolało, ale też nie należało do rzeczy przyjemnych. Poza tym nie chciałem, żeby aniołek znowu zemdlał.
-Przestań Luhan, bo niepotrzebnie zrobisz sobie krzywdę.- Blondynek nie posłuchał się mnie, a wręcz jeszcze mocniej okładał mój brzuch.
            Nie chciałem tego robić, ale nie miałem wyboru… złapałem go za nadgarstki i odwróciłem na plecy, tak że teraz ja na nim siedziałem.
-Opanuj się, nic ci nie zrobię.- wydusiłem z siebie i poczułem jak ciało pode mną się spina i zamiera w bezruchu. Nagle wstrząsa nim dreszcz i po pokoju rozchodzi się płacz. Brzmi on jak wydzieranie się małego dziecka, któremu zabrało się lizaka.
-Nie płacz aniołku. – wstałem z niego,  podniosłem i położyłem go na łóżku, po czym opatuliłem go zręcznie kołdrą i głaskałem po główce.
-Prze…przepraszam.- usłyszałem cichutkie pomrukiwanie. Chłopak oparł się plecami o poduszki i z głośno bijącym sercem pochylił się nade mną. Musnął moje wargi swoimi i szybko opadł na pościel. Nie miałem zielonego pojęcia czemu on to zrobił, ale to było całkiem miłe.
-Spokojnie, nic się nie stało.- szepnąłem bardzo zdziwiony jego niecodziennym zachowaniem.
-Stało, popatrz na siebie…
            Co jest ze mną nie tak. Przecież czuję się normalnie, a nawet lepiej niż normalnie bo On mi wybaczył.
-Nie rozumiem.
-Lustro.- tylko tyle powiedział i zamknął oczy. Jeszcze chwilę wpatrywałem się w niego, aż usłyszałem cichutkie chrapanie. Podszedłem do lustra i to co ujrzałem mnie przeraziło. Wszędzie na mojej twarzy była krew. Pochyliłem się nad umywalką i zacząłem zmywać z siebie zasychającą ciecz. Po chwili byłem już umyty, a do pomieszczenia weszła pielęgniarka.
-I co obudził się już?
-Tak, tylko poszedł znowu spać.
-A, okej, to możesz go już zabrać do jego pokoju. Tylko przyjdź tu z nim jutro na badania kontrolne.
-Dobrze, na pewno będę.- mówiąc to zbliżyłem się do śpiącego aniołka i wziąłem go na ręce. Zostawiłem go w jego pokoju, a sam skierowałem się do Suho. Bez pukania wszedłem do jego gabinetu opowiedziałem mu całą historię, jako przytrafiła się dziś Luhanowi.
-Cieszę się, że przyznajesz się do błędu, ale po co mi to mówisz?
-Czuję, że gdybym miał go szkolić, to prawdopodobnie znowu by mu się coś stało, więc chciałbym zrezygnować z funkcji jego nauczyciela.- odpowiedziałem zwieszając głowę w dół i patrząc się w swoje buty.
-Oh…skoro tak wolisz, to nie mogę zaprzeczyć. Przekaż mu, że jego nowymi nauczycielami będą Tao i Kris.
-Oni!? Ale czemu!?
-No bo nie mam nikogo innego, więc to muszą być oni. Też się z tego nie cieszę, bo mówiąc szczerze nie ufam im, ale z zaistniałej sytuacji nie mamy rozsądniejszego wyjścia.- westchnął i podszedł do mnie. –Tylko powiedz mu to jakoś, sam nie wiem, delikatnie. Nie strasz go i w ogóle bądź miły, bo teraz będzie miał do ciebie uraz.
-Jasne, masz to jak w banku Suho.- już miałem się odwrócić i obwieścić chłopakom „szczęśliwą” nowinę, ale mężczyzna przytrzymał mnie. Spojrzałem na niego nie obecnym wzrokiem. Po chwili starszy naparł na moje ciało i przyparł mnie do biurka. Usiadłem na nim, pozwalając mu na wszelkie pieszczoty. Wpił się w moje usta, a ja bez chwili zastanowienia zacząłem oddawać pocałunek. Był namiętny, może trochę brutalny. Nasze języki walczyły ze sobą. Próbowałem odpierać jego „ataki”, ale było widać że przegrywam. Gdy zabrakło nam powietrza osunęliśmy się od siebie
-Idź już lepiej do TaoRisa, bo w takim tępię do nich nie dotrzesz.
            Zrumieniłem się tak, że wyglądem przypominałem cegłę. Ukłoniłem się nauczycielowi i wybiegłem na korytarz. Oparłem się plecami o ścianę głośno oddychając. Dotknąłem dłonią ust na wspomnienie gorącego pocałunku. Co ja właściwie robiłem i czemu mi się to tak bardzo podobało?




Wyczuwam nowego wroga. Też tak macie, że musicie zrobić coś na necie, a ten się wam rozłącza?