czwartek, 25 czerwca 2015

Na dnie szuflady

            Witam wszystkich tu obecnych. Dodaje dzisiaj One Shota w prezencie. Z dedykacja dla wszystkich klas trzecich, które dzisiaj miały, bądź mają jutro zakończenie roku.
P.S. Kolejna część NŻ jest napisana. Sprawdzę ją tylko i jutro wstawię.

Na dnie szuflady

            Musiał się spakować. Czuł, że nie wytrzyma w tym miejscu ani chwili dłużej. Wciąż zastanawiał się czy dobrze wszystko rozegrał. Czy mógłby w tej chwili wyjechać, nie mówiąc nic nikomu? Jedno było pewne- nie czuł się tutaj komfortowo. Nie miał już przyjaciół, rodzina się od niego odwróciła, nawet dziewczyna zerwała z nim kontakt, a wszystko to przez jeden, mały wypadek, którego nie planował…
            Aleksander, bo tak było mu na imię, biegał w pośpiechu po domu. Przeszukiwał każdy kąt, aby sprawdzić, czy niczego nie zostawił. Jakby nie patrzeć za cztery godziny miał samolot do Los Angeles. Kupił już tam nawet mieszkanie, znalazł pracę i zamówił meble do salonu. Brakowało mu jedynie jego książki. Może słowo „książka” jest zbyt wzniosłe w tym momencie, ale chłopak napisał ją własnoręcznie i nigdy nie wychodził bez niej z domu. Był to czarny, stary, zniszczony dziennik z plamami tuszu, gdzieniegdzie usytuowanymi na wytartej okładce. Niby nic specjalnego, ale blondyn opisywał tam wszystkie swoje przeżycia. Ten zeszyt był skarbnicą informacji o nim i o jego dotychczasowym życiu.
-Gdzie on jest? No gdzie on może być?- krzyczał rozgoryczony.
-No chodź maleńki, chodź do tatusia! Proszę!- klęczał przed biurkiem i zaglądał do szafek.
            Westchnął i usiadł zrezygnowany na nie zaścielonym łóżku. Podrapał się  po głowie i zaczął odtwarzać w pamięci miejsca, w których ostatnio widział zaginiony przedmiot.
-Już wiem!- zawołał i pospiesznie zsunął się z miękkiej pościeli.
            Pobiegł do pokoju dziennego i usiadł na mahoniowej podłodze przed telewizorem. Otworzył szufladę i zajrzał w jej głąb. Był tam. Jego bezcenny dziennik leżał pod stertą niepotrzebnych rzeczy, o których istnieniu nie miał pojęcia. Były tam różne ulotki, zdjęcia, wycinki prasowe, a nawet przypinka jego najlepszego przyjaciela. Zdziwił się niezmiernie i zmarkotniał w jednej chwili.
-Dlaczego ja nadal to mam? Dlaczego tego nie wyrzuciłem, gdy miałem okazję?- zamyślił się.
            Na usta cisnęło mu się dużo sprzecznych słów. W sercu szalały kontrastowe uczucia. Strach, szczęście, nienawiść, zaufanie, wstyd… To tylko niektóre z nich.
-Czemu to spotkało właśnie jego? Dlaczego nie mogłem mu pomóc? Czemu moje życie runęło w gruzach po tamtym incydencie?- pluł sobie w brodę, szukając odpowiedzi na pytania.
            Obracał w lekko trzęsących się rękach malutką, białą przypinkę. Był na niej złoty napis : „Nothing happens without a reason”, co znaczy: „Nic nie dzieje się bez powodu”. Jego najlepszy przyjaciel zawsze to powtarzał, gdy pakowali się w jakieś kłopoty. Nigdy nie przeklinał Boga, czy innych bożków. Chodził z wysoko uniesioną głową pełną marzeń i dziecięcego optymizmu. Choćby w chwili, gdy Aleksander spowodował wypadek samochodowy i cudem uniknęli więzienia, wierzył, że wszystko ma głębszy sens. Twierdził, że w życiu nie ma dobrych i złych ścieżek, ani że coś jest tylko białe lub tylko czarne. Ten wesoły nastolatek sądził, że każda decyzja niesie za sobą pozytywne i negatywne skutki, które trzeba samodzielnie przypisać do właściwej kategorii. Na przykład dla jednych pójście do więzienia będzie złe, ponieważ zostawi on rodzinę i cały dobytek. Będzie odseparowany od świata. Dla innych natomiast będzie to dobre, bo dostaną szansę na lepsze życie i pomoc państwa w rozwiązaniu problemów.
-Minął już cały rok, odkąd ciebie opuściłem Oliver. Jak mi ciebie brakuje…- wyszeptał roniąc perliste łzy. Krople spływały po zaczerwienionych policzkach i kończyły swój krótki żywot na błękitnej koszulce, zostawiając po sobie trochę ciemniejsze plamy.
-Mówiłem, żebyśmy nie jechali do tej cholernej Grecji. Prosiłem, przekonywałem, ale ty nie chciałeś słuchać. Cieszyłeś się na ten przeklęty wyjazd. Pamiętam jak powiedziałeś mi, ze mamy plany na wakacje. Rozpierała cię wtedy energia, a twoje oczy lśniły wszechobecną radością. Nie przypuszczałem, że tak bardzo ci zależało na spędzeniu czasu ze mną i Elizką.-  urwał, aby zaczerpnąć więcej świeżego powietrza.
            Przygnębiony Aleksander usiadł na kanapie i skupił wzrok na ścianie przed sobą. Otworzył szeroko oczy i dumał. Myślał o dniu wypadku i o samym jego przebiegu.
           
*  *  *
           
            Oliver, Aleksander i Eliza szykowali się do wspólnego wyjazdu do Grecji. Pakowali ostatnie rzeczy do walizek i w pośpiechu krzątali się po domu. Za chwilę miała po nich przyjechać taksówka i zabrać ich na lotnisko w Warszawie. Wyszli przed dom i oczekiwali na transport.
             Nie minął nawet przysłowiowy kwadrans, a siedzieli w aucie rozmawiając i żywo gestykulując. Omawiali atrakcje jakie czekają na nich na malowniczej wyspie Rodos i jej okolicach.
            Przyjaciele wysiedli tuż przy wejściu na lotnisku, podziękowali i zapłacili kierowcy. Powoli weszli przez gigantyczne drzwi i znaleźli się w nowym miejscu. Naokoło nich były kasy biletowe, nowoczesne ławeczki, a nawet bufety z jedzeniem. Na korytarzu przechadzało się całe mnóstwo ludzi. Białych, czarnych, żółtych- tutaj wszyscy zdawali się żyć ze sobą w harmonii i szczęściu. Nie miało znaczenia to, skąd jest delikwent, ani to dokąd się wybiera. Liczyła się tylko wspólnie spędzona podróż. Aleksander czuł, że gdyby przenieśli się na warszawskie przedmieścia, ta sytuacja diametralnie by się zmieniła.
-Samolot 212A z Warszawy do Aten odlatuje z pasa startowego pięć za jedenaście minut. Dziękujemy za skorzystanie z naszych linii lotniczych i życzymy miłych wakacji.- usłyszeli głos kobiety wydobywający się z głośników zamieszczonych przy kolumnach.
-Oli, to chyba nasz lot. Chodź bo się spóźnimy.- zawołał entuzjastycznie Aleksander, tuląc do siebie Elizę- młodszą siostrę Olivera.
-Luzik, już idę.- uśmiechnął się przyjaźnie i ruszył za tulącą się parą.
            Nie przeszkadzało mu, że jego najlepszy przyjaciel chodził z Elizą. Wręcz przeciwnie. Cieszył się, że im się układało. Gdy dowiedział się przypadkiem, że Aleks chce się oświadczyć dziewczynie w Grecji, na piaszczystej plaży przy blasku księżyca, prawie zemdlał z radości. Wierzył, że są dla siebie stworzeni i poznali się nie bez powodu.
            Cała trójka wsiadła do samolotu i zajęła miejsca. Gdy tylko maszyna wzbiła się w powietrze, zmęczeni przygotowaniami, usnęli. Obudził ich dopiero głos stewardessy, oznajmującej koniec lotu.
Na lotnisku w Atenach wsiedli do minibusu i pojechali do portu, skąd mieli przepłynąć kawałek łodzią i znaleźć się na wyspie. Aż do momentu, w którym postawili stopy na piaszczystej plaży, nikt się nie odezwał. Wynikało to z tego, że każdy oglądał przepiękne widoki roztaczające się na około nich.
-Oh jak dobrze, że jesteśmy już na miejscu.- mruknęła zadowolona Eliza.
-Też tak uważam kochanie. Fajnie, że spędzimy tutaj aż dwa tygodnie odcięci od zmartwień i problemów. Prawda Oli?
-Co? Hmm…Tak. Też tak myślę.- zamyślił się chłopak. Jako jedyny nie emanował taką radością jak inni. Stał troszkę na uboczu i oglądał fale leniwie uderzające o wysokie klify.
-Gdzie będziemy mieszkać?- spytał Aleks.
-Widzisz ten największy klif?- spytała dziewczyna.
-Tak.
-Teraz nie widać, ale to właśnie na nim jest domek naszych rodziców i tam będziemy spać.- uśmiechnęła się promiennie i wtuliła w umięśnione ciało swojego ukochanego.
-To co idziemy?- szybko podchwycił temat Oliver i skierowali się w stronę wypożyczonego auta.- Odwieziemy tylko walizki i pojedziemy rozerwać się do klubu. Co ty na to?- chłopakowi znacznie polepszył się humor.
-Jestem za!
-I ja też, ale chciałabym się najpierw przebrać.
-Jasne. Nie ma żadnego problemu. Ty się wystroisz, a my w tym czasie poszukamy w Internecie jakiejś miejscówki.
-Okej.
            Tak też zrobili. Eliza się szykowała, a chłopcy szukali dyskoteki.
-Znalazłem!- krzyknął Oliver i pokazał reszcie ofertę.
-Yyy…Oli, a to nie jest przypadkiem klub dla homoseksualistów?- spytała.
-A co, przeszkadza wam to?  To miejsce jest najbliżej naszego domku, a poza tym przecież nie musicie się z nimi całować. Idziemy tam tylko oblać nasz wyjazd i dobrze się zabawić.- powiedział hardo.
-Skoro tak stawiasz sprawę, to nie mam nic przeciwko. Co ty na to Elizka?
-No…okej. Niech będzie, ale następnym razem to ja wybieram lokal.- uprzedziła, a chłopcy tylko pokiwali głowami.
            Droga do klubu faktycznie nie była długa, tak więc znaleźli się pod nim pięć minut później i od razu na wstępie zmówili po kolorowym drinku. Rozsiedli się wygodnie na wielkich, białych kanapach i czekali na zamówienie. Po chwili podeszła do nich wysoka barmanka i wręczyła alkohol. Mrugnęła do przerażonej Elizy i odeszła w swoją stronę. Dziewczyna patrzyła na chłopaków z niemą prośbą o wyjście, ale nawet jej popisowa mina szczeniaka nic nie dała.
-Widzę siostra, że masz niezłe branie. Tylko nie zostawiaj Aleksa dla niej. Stać cię na więcej.- mrugnął Oliver i razem z przyjacielem śmiali się w najlepsze.           
            Widząc grymas na twarzy blondynki uspokoili się i zaczęli rozmowę. Początkowo miała ona sens, ale z czasem, gdy coraz więcej pustych kieliszków pojawiało się na ich stole, traciła ona na znaczeniu.
            Nagle Aleks spadł z siedzenia i położył się na ziemi.
-Co ty robisz Al?
-Jestem hamburgerem! Jestem hamburgerem!- wykrzykiwał turlając się po podłodze.
-Dobrze, tobie już chyba starczy Aleks.- mruknął Oliver i chwiejnym krokiem zbliżył się do przyjaciela. Złapał go za ramię i wyniósł z lokalu. Kazał jeszcze tylko zapłacić Elizie i wpakował nieprzytomnego już chłopaka do auta na tylne siedzenia.
            Ruszyli spokojnie, nie spiesząc się nigdzie. Oliver prowadził, mimo iż był kompletnie pijany. W normalnych warunkach nie zachowałby się tak nieodpowiedzialnie, ale zrobił to z kilku powodów. Po pierwsze nie chciał zostawiać auta pod klubem, bez opieki. Po drugie nie mieli daleko do domu i po trzecie, najważniejsze, kto by chciał nosić nieprzytomnego chłopaka, będąc w podobnym stanie?
            Bez żadnych większych przygód dojechali na podjazd i wysiedli z samochodu, a rodzeństwo poszło otworzyć bramę. Przez nieuwagę zostawili drzemiącego Aleksa na tylnym siedzeniu. Oliver zapomniał aby zaciągnąć hamulec ręczny. W ułamku sekundy samochód zaczął się staczać. Najpierw powolutku, by po chwili nabrać śmiercionośnej prędkości. Pędził coraz szybciej, ale nikt go nie widział.
            W tym czasie niczego nieświadomy Oliver odwrócił głowę i zobaczył straszny widok. Jego przyjaciel krzyczał o pomoc. Nie mógł wysiąść z auta, bo drzwi były zablokowane. Płakał i nawoływał. Jego głos brzmiał jakby ktoś obdzierał go ze skóry. Dźwięk był tak potworny, że aż Elizie ciarki przechodziły po plecach. W mgnieniu oka rzucił się na ratunek przyjacielowi. Gdy zbliżał się do auta, ono się oddalało. Czuł, że nie będzie w stanie uratować Aleksa. Zaczynał tracić nadzieję. W ostatniej chwili skoczył i rzucił się pod koła pędzącego pojazdu. Własnym kręgosłupem zablokował drogę i zatrzymał auto. Leżał na ziemi z nieprzytomnym wyraz twarzy. Ciało miał wygięte pod najdziwniejszymi kątami. Przed jego oczami majaczyły sylwetki Elizy i Aleksa. Płakali.  Uśmiechnął się do nich delikatnie i wyszeptał „Nothing happens without a reason”. Ostatnie co poczuł to nieprzyjemny, metaliczny zapach roznoszący się w powietrzu. Jego nozdrza wypełniły się nim. Wszędzie wokół niego była czerwień. Kamienie, przyjaciele, samochód. Wszystko było nią pokryte.
-Oli, nie poddawaj się!  Nie odchodź!- krzyczała jego siostra. Jej blade ręce drżały i jednocześnie głaskały go po głowie. Przypuszczał, że są to ich ostatnie wspólnie spędzone chwile, więc wyszeptał po raz kolejny, i ostatni „Nothing happens without a  reason”. Zamknął oczy i odpłynął.
-Dlaczego to zrobiłeś? Oliver odpowiedz mi!- popłakiwała wstrząśnięta.
            Eliza odwróciła głowę w stronę swojego ukochanego.
-To twoja wina! Twoja wina! Musiałeś wszystko zniszczyć! Gdybym cię nigdy nie spotkała Oliver nadal by żył!- podniosła się z klęczek i zaczęła wbijać znienawidzone spojrzenie w chłopaka. Zbliżała się do niego coraz bardziej.
-Nienawidzę cię gnojku! Przez ciebie mój brat nie żyję! Nie wybaczę ci tego nigdy! Nie pokazuj mi się więcej na oczy!- załkała i uderzyła go z pięści prosto w twarz.
            Aleksander wycofał się i pobiegł do domku. Nigdy dotąd nie było mu tak przykro jak teraz. Zaczął się obwiniać o śmierć swojego jedynego, a zarazem najlepszego kumpla. Wtargnął do pokoju na piętrze i zabrał walizkę. Ostatni raz popatrzył na szafkę i znalazł na niej białą przypinkę z życiowym mottem Olivera. Wziął ją do ręki i schował do kieszeni.
-Ona będzie mi o tobie przypominać.- mruknął i wybiegł z mieszkania. Jak najgorszy tchórz uciekł, nie żegnając się z nikim i poleciał z powrotem do Warszawy. Już więcej nie zobaczył ani swojej ukochanej, ani Olivera.

*  *  *
-Ale ze mnie tchórz. Jak ja mogłem tak postąpić. Zostawić cię w potrzebie. Ty nigdy byś tego nie zrobił. Jestem złym przyjacielem. Nie zasługuję na ciebie Oli.- ściskał w rękach przypinkę, tak bardzo przypominającą mu przyjaciela.
-Mama mi powiedziała, że jesteś w szpitalu. Miałem szansę, żeby cię odwiedzić, jednak tego nie zrobiłem. Teraz jest za późno.- płakał w najlepsze nie przejmując się niczym. Był tak pogrążony w wyrzutach sumienia, że nie zauważył stojącej za nim osoby.
-Słyszałem, że wyjeżdżasz.- usłyszał dobrze znany mu głos.
            Odwrócił głowę zszokowany i ujrzał Olivera. Zamarł. Nie był pewny, czy to nie są po prostu jakieś jego przywidzenia, więc wolał na razie się nie odzywać.
-Co tak siedzisz? Nie przywitasz się z niepełnosprawnym?- zażartował chłopak.
            Dopiero w tej chwili Aleksander zdał sobie sprawę, że blondyn siedzi na wózku inwalidzkim.
-Skąd ty…- wydukał słabo.
-Skąd wiedziałem? Twoja mama mi powiedziała, że się zadręczasz i że wyjeżdżasz.- uśmiechnął się przyjaźnie.
-Przepraszam. Ja… ja myślałem, że ty… no wiesz.
-Że wykitowałem? Spoko, też tak na początku myślałem, budząc się w szpitalu. Wszystko mnie bolało, ale teraz jest okej.
-Czemu to zrobiłeś?
-Głupku, jesteś moim najlepszym przyjacielem. Zrobił bym to jeszcze raz. Pamiętaj, przyjaźń na całe życie.
-Jejku Oli, co ja bym bez ciebie zrobił?- Aleks podbiegł do przyjaciela i objął go z całej siły.- Tęskniłem.- szepnął i poklepał go po ramieniu.
-Ja też. Za ile masz lot?- zmienił temat.
-Za jakieś dwie godziny. Niestety muszę się już zbierać, chociaż wolałbym zostać tutaj z tobą dłużej.
-Mam nadzieję, że kiedyś mnie jeszcze odwiedzisz Aleks, a tym czasem ktoś czeka na ciebie pod drzwiami. Idź zobacz kto to.
-Mam się bać?
-Nie musisz. Chociaż w sumie… ona jest bezwzględna.- mrugnął do niego porozumiewawczo i pojechał do łazienki.
            Aleksander wyszedł przed dom i zobaczył stojącą, skuloną postać. Podszedł bliżej i od razu rozpoznał w niej swoją ukochaną.
-Eliza?- dziewczyna podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego niepewnie.
-Cześć Aleksander. Przepraszam za to, że cię tak potraktowałam. Nie powinnam była, ale po prostu się zdenerwowałam tym wypadkiem.
-Cieszę się, że cię widzę. Chciałbym z tobą dłużej porozmawiać, bo naprawdę mi na tobie zależy, ale muszę jechać na samolot.
-Chciałabym ci najpierw coś powiedzieć.
-Słucham.
-Twoja mama mówiła mi, że się przeprowadzasz do Los Angeles, więc razem z bratem postanowiliśmy kupić tam mieszkanie.- spojrzała mu głęboko w oczy, napotykając w nich żywe uczucie, jakim ją dażył.- Najlepsze jest to, że jesteśmy sąsiadami i teraz już się od nas nie odczepisz Aleks.- powiedziała miło.
            W środku Aleksander cieszył się jak dziecko, ale nie chciał dać tego po sobie poznać. Odchrząknął delikatnie i szepnął:
-Kocham cię Eliza i nigdy nie przestałem.
            Widząc jej minę, złapał ją w pasie i przyciągnął do siebie w czułym pocałunku. Wyrażał on wszystkie uczucia, które towarzyszyły im nawet podczas rozłąki. Gdy zabrakło im powietrza, oderwali się od siebie pragnąc zaczerpnąć oddech.
-Ja ciebie też Aleks. Ja ciebie też…


           


piątek, 19 czerwca 2015

Nowe Życie 11

Witam bardzo serdecznie ludzi, którzy czytają moje opowiadania. Przepraszam, że jakoś nic nie dodawałam, ale nie chciało mi się nic pisać. Mam nadzieję że to się wkrótce zmieni ;)
Miłego czytania. Rozdział jak zawsze nie betowany. poprawię go jakoś przy okazji.


                                               NOWE ŻYCIE 11


( z perspektywy Tao)

            Obudziły mnie promienie słońca, raźno oświetlające moją twarz. Czułem się potwornie. Włosy lepiły mi się do twarzy, śmierdziałem alkoholem, a na dodatek w ustach miałem istną Saharę. Powoli wstałem z łóżka i podszedłem do szafki. Wyciągnąłem z niej wodę i duszkiem wypiłem całą zawartość butelki. Odwróciłem się z powrotem w stronę miękkiego materaca i zobaczyłem dwoje oczu wpatrujących się we mnie przenikliwie. Nie mogłem zobaczyć kto to jest, bowiem całe jego ciało było szczelnie przykryte kołdrą.  Podszedłem bliżej i niespodziewanie zostałem zaciągnięty pod kołdrę i czule pocałowany.
- Kris?- zdziwiłem się niezmiernie.
- A ty myślałeś, że kto Taoś? Oczywiście, że ja.- zaśmiał się nie przestając dotykać mojego torsu.
            Westchnąłem przeciągle. Bardzo mi brakowało tej bliskości.
- Przepraszam, że cię tak potraktowałem. Po prostu mi odbiło. Obiecuję, że już tak więcej nie będę. - wyszeptałem liżąc i podgryzając mu ucho.
            Zaśmiałem się gdy brat przewrócił mnie na plecy i zaczął podgryzać szyję.
-Prze…prze…przestań – darłem się. Szyja to moje wrażliwe miejsce i gdy ktoś jej dotyka, nie mogę powstrzymać śmiechu. – Proszę, nie maltretuj już mnie.
- Ja ci się tylko odpłacam, za to jak mnie brzydko potraktowałeś kochanie. – usłyszałem gardłowy głos przy swoim uchu.
            Kris od razu zszedł mokrymi pocałunkami na mój tors, czule liżąc i podgryzając sutki. Az po raz jęczałem z przyjemności. Szybko jego usta zatkały moje, gdy chciałem już krzyczeć, żeby skończył moją słodką udrękę. Całował mnie szybko, momentami brutalnie, ale dalej można było wyczuć jego miłość do mnie. Prawą rękę skierował na moje bokserki. Delikatnie wsunął jeden palec pod gumkę i zaczął ciągnąc mnie za czarne włoski. Oderwał swoje usta od moich i usiadł między moimi nogami.
- To dopiero początek Taoś. – wyszeptał, a ja nie zdążyłem zastanowić się nad sensem tych słów, a poczułem jak jego język lawiruje po moim penisie. Wygiąłem się w łuk i zacząłem sapać. Nie spodziewałem się takiej otwartości po nim. Zawsze to ja byłem na górze i to ja sprawiałem mu przyjemność. Szczerze mówiąc podoba mi się też wersja, kiedy on się mną zajmuje.
            Jedną ręką zaczął ugniatać moje jądra, a drugą błądził po mojej pupie. Usta zacisnął na trzonie, cały czas liżąc go i gryząc. Nie wiedziałem, że Kris tak dobrze robi takie rzeczy. Czułem jak moje plecy wyginają się za każdym razem, gdy jestem blisko spełnienia, jednak go nie osiągam, bo on zaciska się wtedy na mnie sprawiając lekki ból.
- Przestań się ze mną bawić! – wykrzyczałem gdy po raz kolejny nie było mi dane dojść.\
            Chłopak zrobił minę niewiniątka i dalej kontynuował swoją słodką zabawę.
- Co mam zrobić żebyś przestał to robić? – spytałem z cichą nadzieją, że przestanie.
- Co robić? – udawał przygłupa.
- Już ty dobrze wiesz co!
- Nie, nie mam pojęcia o czym mówisz. – zrobił zdziwioną minę.
- Błagam daj mi w końcu dojść! – wykrzyczałem głośno. W odpowiedzi usłyszałem tylko ciche Jak sobie życzysz.
            Następne co poczułem to jego usta mocniej zaciskające się na moim członku. Ssał go zawzięcie tak, że byłem pewny że to już nie potrwa długo. W ostatniej chwili wygiąłem plecy w łuk i pobrudziłem twarz Krisa białą, lepką spermą. Moje ciało rozpadło się na miliony malutkich kawałeczków i trwało w tej bezdennej przyjemności przed dłuższą chwilę. Jaki sex jest fajny, zwłaszcza po tak długiej przerwie.
             Spojrzałem na niego wyczerpany i zobaczyłem w jego oczach mgiełkę podniecenia zasłaniającą jego tęczówki. Zbliżyłem się do niego i zlizałem z jego policzka pozostałości po niedawnej chwili uniesienia.
            Kris pocałował mnie czule , tym samym dając mi posmakować samego siebie.
- Dzisiaj to ja przejmuję kontrolę. – wyszczerzył się do mnie i przewrócił mnie na prawy bok. Uniósł moją lewą nogę, nie przestając mnie całować. Oblizał palce i wsadził je we mnie. Pisnąłem zaskoczony, w końcu pierwszy raz dawałem robić ze sobą coś takiego. Jego długie i zwinne palce coraz mocniej na mnie napierały, aż zagłębiły się we mnie do końca. Z chwili na chwilę odczuwałem coraz większy dyskomfort. Starałem się jak najbardziej od tego uciec, ale Kris chyba to przewidział, bo druga ręką mocno trzymał moje biodra. Palce zaczęły się we mnie swobodnie krzyżować i prostować, a ja jęczałem z przyjemności. Nie minęła nawet chwila, a już byłem dobrze przygotowany. Kris to wyczuł, bo wyciągnął ze mnie palce i przystawił swojego penisa do mojej dziurki. Delikatnie,  nie spiesząc się niegdzie, zaczął się we mnie zagłębiać. Jego członek przebijał się mozolnie przez wszystkie warstwy mojego odbytu, aż do momentu, gdy poczułem jego jądra na mojej pupie. Zatrzymał się i wyraźnie czekał aż się przyzwyczaję. Nie trwało to długo. Z grymasem zadowolenia na twarzy zacząłem się na niego nabijać, zaciskając mięśnie odbytu. Z praktyki wiedziałem, że mu się to spodoba. Słyszałem jak wciągnął głośno powietrze i przyspieszył.
            Jego ruchy były coraz dokładniejsze, aż w końcu zaczęły uderzać w moją prostatę. Piszczałem, krzyczałem i wiłem się z przyjemności. Moje ciało drżało, zupełnie jak jego przyrodzenie. Doszedłem, po chwili on też osiągnął szczyt i upadł na mnie. Leżeliśmy tak na łóżku. Nasze nagie ciała pokryte były kropelkami potu.
- Kocham cię. – usłyszałem tuż przy uchu.
- Ja ciebie też.
- Chcę z powrotem z tobą zamieszkać Taoś.
- Co tylko sobie życzysz braciszku. – uśmiechnąłem się i zatopiłem palce w jego mokrych włosach.
 * * *
            Przysypiałem, zmęczony porannymi zabawami z Krisem, aż nagle obudziło mnie pukanie do drzwi.
- Hej Kris, przeszkadzam? – do pokoju wszedł zdenerwowany Luhan.
- Nie wszystko spoko wchodź.
            Chłopak zamknął za sobą i ułożył się wygodnie na fotelu i zaczął się zwierzać.
- Wiesz co ten przygłup znowu zrobił!? Wyobraź sobie, że leżałem spokojnie w łóżku, a on nagle wbiega mi pod kołdrę nagi i zaczyna mnie tulać!
- I co zrobiłeś?
- No a co miałem zrobić? Uderzyłem go i wyszedłem. Teraz nie wiem co mam ze sobą zrobić.
- Krisiu, co to za hałasy? – wynurzyłem się spod kołdry odsłaniając swój nago tors.
            Na ten widok Luluś zarumienił się mocno i stwierdził, że on może jednak wyjdzie i nie będzie nam więcej zawracał niepotrzebnie głowy. Zaśmiałem się i odparłem, że wszystko w porządku i jak chce, to zawsze mogę pogadać z Sehunem. Blondyn niechętnie, ale się zgodził i zaczął dyskutować razem z moim bratem. Korzystając z okazji, cichaczem wymknąłem się do łazienki, założyłem codzienne ubrania i wyszedłem z pokoju. Skierowałem się do pokoju Sehuna. Od razu wbiegłem do pomieszczenia, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że nie zapukałem.
            Ujrzałem chłopaka na łóżku, siedzącego w dość dwuznacznej pozycji. Rękę miał włożoną w bokserki. Jego twarz była cała zaróżowiona, oczy miał przymknięte, usta lekko uchylone, skąd co rusz wydobywały się stłumione szepty i westchnienia. Stałem  zdumiony, nie dając żadnego znaku życia. Po chwili usłyszałem głośniejszy jęk i szept Oh Luhan!
- Hej! – odezwałem się do niego.
            Chłopak przestraszył się i poczerwieniał jeszcze bardziej.
- Czy… czy ty słyszałeś?
- Czy słyszałem co? Jak walisz sobie myśląc o Luhanie? – na te słowa pobladł na twarzy i teraz kolorem przypominał ścianę, a nie cegłę jak wcześniej.
- Spokojnie, nikomu nie powiem. Chcę tylko coś z tobą obgadać.
- Co mianowicie? – zapytał zaciekawiony tonem mojego głosu.
- Z mojego dobrego serduszka chcę ci dać szansę na spędzanie czasu z twoim chłopakiem.
- On nie jest moim chłopakiem, nie wygaduj bzdur.
- Oj tam, oj tam. Sprawa jest taka, że ja mam zamiar zamienić się z tobą pokojami tak, żebym mieszkał z bratem, a ty z Lulusiem.
- Jestem za, tylko jak go do tego przekonasz. Po ostatniej nocy on się do mnie nie odzywa.
- Bo jesteś debilem. Po co wskakiwałeś mu do łóżka? Przecież wiesz, że on jest wstydliwy.
- Oj no wiem, ale żeby aż tak?
- Dobra, nie chcę tego słuchać. – westchnąłem i bez żadnego pożegnania wyszedłem.
            Chłopaków zastałem w tej samej pozycji, co gdy wychodziłem.
- Mam do ciebie prośbę Luhan. – powiedziałem przerywając im jakże interesującą rozmowę na temat jakiegoś zespołu.
- Słucham.
- Od dziś, już do końca szkolenia będziesz mieszkał z Sehunem.
- CO!? Nie! Czemu? – krzyknął.
- Bo ja tak mówię.
- Taoś, wydaje mi się, że to był rozkaz, a nie grzeczna prośba. – do dyskusji wtrącił się Kris, którego od razu zgromiłem wzrokiem tak, że więcej się nie odzywał.
- Nie ma mowy!
- Uwierz mi, on chce cię przeprosić za swoje zachowanie i naprawić relację, która jest między wami. On naprawdę się zmienił. – zmyśliłem na poczekaniu.
- Dalej się nie zgadzam. – powiedział z lekkim zawahaniem. Już wiedziałem jaka będzie jego odpowiedź.
- A co jeżeli powiem, że za niego ręczę i jak ci się coś nie spodoba będziesz mógł z powrotem mieszkać z Krisem.
- Okej, skoro tak stawiasz sprawę.

            Uśmiechnąłem się do niego miło. Wiedziałem że się zgodzi. Wystarczyło tylko podać właściwe argumenty i już mi je z ręki. Dlaczego ci ludzie są tacy łatwowierni. Zupełnie tego nie rozumiem, ale to dobrze dla mnie…

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Model 1




          Oto zaczynam nowe opowiadanie, spokojnie będzie ono krótkie (mniej więcej do trzech rozdziałów). Będzie ono dodawane pomiędzy kolejnymi partami Nowego Życia. Nie martwcie się w ten piątek ukaże się 11 rozdział NŻ. Miłego czytania <3


                                                            MODEL

            Tłum szalał. Siergiej był w swoim żywiole. Stał na scenie i wygrywał na gitarze elektrycznej solówkę. Adrenalina buzowała mu w żyłach, a on coraz szybciej przebierał długimi palcami po napiętych strunach.
-Dark Side! Dark Side!- dało się słyszeć skandowanie ludzi, którzy przyszli na koncert Siergieja i jego zespołu.
            W refrenie, Mark, główny wokalista, zaczął wrzeszczeć tekst do mikrofonu. Wszyscy byli zachwyceni. Gdy piosenka się skończyła chłopcy ogłosili początek nowej trasy koncertowej po Polsce i ze zmęczonymi minami zeszli ze sceny. Schowali się do garderoby i spokojnie czekali na koniec mowy ich menagera Victorii.
            Victoria była młodą, 22-letnią kobietą o brązowych włosach o oczach tego samego koloru. Była wysoka i szczupła, ale niestety nie mieściła się w upodobaniach swojego idola i najlepszego przyjaciela- Siergieja Evilla.
            Victoria i Siergiej znali się od czasów przedszkolnych i właśnie wtedy dziewczyna poczuła coś do czarnowłosego. Na początku było to tylko nic nieznaczące zauroczenie, jednak z czasem zmieniło się w prawdziwą miłość. Niestety nie odwzajemnioną. Nieważne co robiła, nigdy nie była nawet blisko momentu, w którym chłopak zacznie czuć do niej coś poza przyjacielską miłością.

*  *  *

-Co sądzisz o Victorii, Sier?- spytał wokalista Mark.
-A co mam sądzić? To jest moja najlepsza przyjaciółka.- mruknął zaskoczony, patrząc na kolegę z zespołu.
-Ona chyba o tym nie wie.- zaśmiał się z resztą.
-Wcale nie! Ona wie, że my się tylko przyjaźnimy.
-Ale ty coś do niej czujesz?
-Nie.
-Już wiem, to ta Cynthia z hotelu? Jest fajna, a co najważniejsze ma fajny tyłek.
-Nie.
-To kto?- spytali zdziwieni, bowiem nie mieli już żadnych pomysłów.
-Jestem gejem!- wykrzyknął i zaczął pakować gitarę do futerału.
-Co…?- wybałuszyli oczy na Siergieja.
-To co słyszycie. Wole chłopców. Lubię jak moi partnerzy mają trochę mniej tu- pokazał na biust- i trochę więcej tu- wskazał na kroczę.
-Okej…-odsunęli się od niego zszokowani.
-Jasne. Teraz pewnie myślicie, że skoro jestem gejem, to się na was rzucę i zgwałcę. Nieważne że jesteście w moim typie i, że przez cały ten czas, który się znamy nic wam nie zrobiłem. Lepiej się odsuńcie, bo was jeszcze pedalstwem zarażę.
-Nie to nie tak…- próbował tłumaczyć się Mark.
-To jak?- wysyczał przez zaciśnięte zęby.
-Po prostu to jest dla nas nowość.  My wcale nie myślimy, że nam coś zrobisz. W końcu dalej się przyjaźnimy, nie Sier?- przytulił trzęsącego się ze złości czarnowłosego.
-Tak.- wyszeptał i wtulił głowę w zagłębienie szyi przyjaciela.

*  *  *

-Sier! Gdzie ty jesteś? Zbieraj się szybciej, bo musimy jeszcze podjechać przed próbą do agencji modelingowej Arróz!
-Po co?- zszedł po schodach w czarnych spodniach, opinających jego zgrabną pupcię. Na nadgarstkach jak i na szyi miał zawieszone czarne i bordowe rzemyki, pasujące kolorem do jego koszuli w kratę.
-Mówiłam ci leniu!- krzyknęła zdenerwowana.- Mieliśmy jechać obejrzeć modeli i wybrać jakiegoś do sesji zdjęciowej promującej trasę konertową.
-A… Faktycznie coś wspominałaś.- uśmiechnął się do niej ukazując bialutkie ząbki.
-Chodź!- krzyknęła tak głośno, że Siergiej skulił się autentycznie przestraszony.

*  *  *

            Po niecałej godzinie jazdy samochodem, przy warszawskich korkach, znaleźli się w pięknym, szlacheckim dworku. Wysiedli z auta, udali się po żwirowanej drużce. Wszędzie na około znajdowały się doniczki z wielobarwnymi kwiatami.
            Spokojnie przeszli przez próg i udali się  do recepcji. Za biurkiem siedziała młoda blondynka w błękitnej , letniej sukience. Uśmiechała się miło.
-Dzień dobry. W czym mogę państwu pomóc? – spytała.
-Witamy. Jestem menagerem „Drak Side”- przedstawiła się Victoria.- Przyszliśmy tu aby znaleźć fotomodela do promocji najnowszej trasy koncertowej po Polsce.
-Byli państwo umówieni?
-Tak. Na nazwisko Belleza.
-Dobrze.- sprawdziła coś w swoim grubym kalendarzu.- Proszę za mną.- dodała i wyszła z pomieszczenia.
            Oboje poszli za recepcjonistką i po chwili stanęli pod ciemnobrązowymi, zdobionymi drzwiami.
-Tu jest gabinet Pana Ryuki. Prezes czeka na państwa.- ukłoniła się i odeszła w sobie tylko znanym kierunku.
            Siergiej wszedł pierwszy do pomieszczenia zachowanego w barokowym stylu.
-Witam Pana, panie Evill. Miło mi poznać tak utalentowanego gitarzystę.
-Dzień dobry. Wystarczy Siergiej.- podał dłoń mężczyźnie.
-A to pewnie jest urocza Panna Victoria Belleza. Baardzo miło mi panią poznać.- ucałował wierzch jej bladej dłoni, na co ona zarumieniła się zawstydzona.
-Dzień dobry.- szepnęła.
-Proszę usiąść Panno Victorio. A pan niech wybierze jednego z modeli. Tam na stoliku są zdjęcia najlepszych kandydatów.
-Dziękuję.- powiedział Siergiej.
            Czarnowłosy poszedł we wskazane miejsce i popatrzył na multum fotografii ułożonych równo na blacie. Przeglądał je wszystkie powoli, w czasie gdy Pan Ryuki flirtował z Vi.
-Mam!- krzyknął i ze zdjęciem w ręku podszedł do prezesa Arróz.
-Dobry wybór. To jest nasz najlepszy model Gabriel Atala.
-Atala…- zastanowiła się dziewczyna.- Coś mi to nazwisko mówi.
-Proszę za mną. Pokażę go wam. Aktualnie powinien być u fotografa, bowiem robi nowe zdjęcia do portfolio.
            Mężczyzna poprowadził ich przez długi korytarz i wprowadził do jasno oświetlonego pokoju.
-Gabriel. Chodź tu na chwilkę.- zawołał ciągle patrząc się w oczy menagerki. 
            Niebieskooki blondyn podszedł do nich i uśmiechnął się zniewalająco. Ubrany był w jasną koszulkę bez pleców i białe, lekko podziurawione spodnie. Wokół niego rozchodziła się poświata, przez co wyglądał niczym anioł zstępujący z nieba.
-Gabriel…to ty?- spytała zdziwiona brunetka.
            Chłopak popatrzył na nią niezrozumiale, by po chwili do niej mrugnąć porozumiewawczo.
-Hej Viki, miło cię znów zobaczyć po tylu latach.- przytulił ją czule do siebie.
-Wy…wy się znacie!?
-Ahh… Tak. Gabryś i ja byliśmy kiedyś sąsiadami, ale jego rodzice wyprowadzili się do Szczecina.
-Tak, mieszkałem z nimi , ale ostatnio wróciłem do stolicy. Chciałem na poważnie zacząć karierę. Jak na razie mi się to udaje, ale poczekamy, zobaczymy. Może dalej też będzie tak kolorowo jak teraz.- zaśmiał się.
-Sier, co sądzisz o Gabrysiu?
-Jest ładny…Znaczy jak na modela. Hmm… tak mi się wydaje.- szybko się poprawił i zarumieniony spuścił  wzrok.
-To co zaczynamy teraz zdjęcia?- zapytał Ryuki.- Alfredo zechciej cyknąć parę fotek do reklamy.- zwrócił się do fotografa.
-Ok.
            Gabriel pobiegł szybko do pokoju, w którym urzędował stylista. Wrócił po chwili całkowicie przebrany. Miał na sobie czarną bluzkę z przezroczystej siatki i długie, przylegające dżinsy po przecinane tu i ówdzie.
-Jak wyglądam?- spytał obracając się wokół własnej osi.
            Siergiejowi opadła szczęka. Młodszy wyglądał jak chodzący bóg seksu. Model ustawił się na wyznaczonym przez fotografa miejscu i zaczął pozować. Jego ruchy miały w sobie coś kociego. Były pewne, gibkie i wręcz ociekające pożądaniem. Patrząc na niego, Siergiej, musiał wyjść z sali, bo czuł, że jego przyjaciel zaczął twardnieć. Uklęknął pod drzwiami i czekał na zakończenie sesji. Czekał i czekał…
            W końcu drzwi do pomieszczenia się otworzyły i wyszedł z nich Gabriel.
-Coś się stało Sier? Tak szybko wyszedłeś, więc pomyślałem że…- czarnowłosy mu przerwał.
-Nie nic. W ogóle nie mów do mnie Sier. Tylko przyjaciele tak mnie nazywają.
-Przepraszam.- wyszeptał zawstydzony i odsunął się od niego.-Nie chciałem cię urazić… To ten, ja już może pójdę.- Gabriel odszedł od Siergieja, zostawiając go zdziwionego.
-A idź sobie. Nie potrzebuję cię tu!- krzyknął za nim chłopak, nie wierząc w ani jedno swoje słowo.


           ' 

piątek, 22 maja 2015

Nowe Życie 10

   Wracam po niecałym miesiącu przerwy od NŻ. I wiecie co? Autor też człowiek. Ot co! Miałam prawo zrobić sobie chwilę wolnego. Miałam wenę, ale chęci nie... Może zabrzmi to tak jakby sodówa  uderzyła mi do głowy, ale trudno! Piszę te opowiadania dla was i tylko dla was.Jakbym pisała to dla siebie, to chowałabym to do szuflady, a nie wstawiała na bloga. Zarywam nocki, szkołę i życie towarzyskie, a wam się nie chce tego nawet skomentować. Nie zmuszam was do niczego, ale mała pochwała, albo krytyka działa na autora zachęcająco... Chciałabym pisać lepiej, ale dzięki waszym oszczędnym komentarzom, nie wiem co mam poprawić.
    I tak wiem, że tego nie przeczytacie... Ale i tak miłego czytania. <3


                                                                NOWE ŻYCIE 10

*  *  *( z perspektywy Xiumina)
          Czemu ostatnio wszyscy mnie całują? Czy ja mam gdzieś naklejoną kartkę z napisem: „pocałuj mnie jak ci się nudzi”, albo „jeżeli uważasz że jestem gejem, to po prostu się do mnie przyssij”? No właśnie, nie przypominam sobie, żebym pisał coś takiego, więc ludzie, na litość boską przestańcie mnie całować bez mojej zgody. Fakt trochę uległem Suho, a potem jeszcze Tao, no ale bez przesady. Mogli się mnie najpierw zapytać, czy jestem chętny, a nie macać mnie i całować tak o, przy innych. Było mi mega głupio, no bo kto normalny chciałby, aby jego przyjaciele okazywali mu tak swoje domniemane uczucia? No nie wiem jak wy, ja nie znam takich ludzi.
          Jakoś wyszło tak, że moje nóżki zaniosły mnie do pokoju Suho. Bez większego przemyślenia sprawy, ani tym bardziej, planu zapukałem do drzwi. Nikt mi nie odpowiedział, więc na chama wpieprzyłem się do pomieszczenia. Popatrzyłem przed siebie. Naprzeciwko mnie siedział, a raczej leżał Suho. Na pierwszy rzut oka, widać było, że jest smutny. W przypływie nie znanych mi dotąd emocji, podszedłem do niego i uklęknąłem przed łóżkiem.
-Hej. Coś się stało?- udawałem, że nie widzę, w jakim jest stanie.
-Nie…Po prostu ryczę tak o, bo nie mam co zrobić ze swoim nędznym życiem.
-No weź. Ja do ciebie miło, a ty mi tak odpowiadasz. Aż zaraz zacznę płakać.- udałem, że ocieram łzę.
-Spadaj.
-Nie chcesz, to nie mów, ale potem nie oczekuj, że będę na każde twoje skinienie.- mruknąłem i szykował się do wyjścia.
-Nie idź!- wyszeptał cichutko łapiąc mnie za rękę.
Westchnąłem, ale zostałem i usiadłem obok niego.
-To powiesz mi co się dzieje?
-Przepraszam! Przepraszam! Przepraszam! Nie powinienem tego robić. Wstyd mi. Mogłem się ciebie zapytać, czy wyrażasz zgodę, a nie… Przepraszam! Wybaczysz mi kiedyś?- wykrzyczał zatapiając głowę w moich kolanach i przytulając się do nich. Widać było, że żałuje, za to co zrobił. To dobrze. Nie mam żadnych powodów, aby mu nie wybaczyć, skoro wie, że popełnił błąd.
-Okej. Nic się nie stało, tylko następnym razem zapytaj się o zgodę.- podniósł głowę uśmiechnięty.
-Czyli będzie następny raz?- oczy mu się świeciły, tak jak świecą się otaku, gdy wychodzi kolejny odcinek jego ulubionego anime.
-Jak będziesz grzeczny to może…
-A teraz?
-Teraz to jestem zmęczony, więc zmykam do siebie.
-Okej. Przyjdę do ciebie rano. Bądź gotowy.- tego już nie słyszałem, bo zasnąłem w jego bezpiecznych ramionach.

*  *  *

-Tao. Czekaj!- wrzeszczał zdenerwowany Sehun.
-Co znowu?- mruknął znudzony Tao.
-Co znowu!? Co ty sobie wyobrażasz, żeby mówić takie kłamstwa w obecności Luhana?
-Jakie kłamstwa? Przecież ostatnio jeszcze mi mówiłeś, co byś z nim robił, że tak byś pieprzył, że by przez tydzień na tyłku nie mógł usiąść. Myślałem, że dobrze robię mówiąc mu prawdę.
-Czy ty się słyszysz? Kto chciałby, żebyś mu mówił takie rzeczy?-  spytał zdziwiony.
-No nie wiem, ale Kris lubił, jak mówiłem mu takie sprośne rzeczy. Ogółem on lubił jak ja dominowałem… Tęsknię za nim…
-Oj, już…już. Tao, nie rozklejaj się. Chodź pójdziemy do baru. Spijemy się. Wytłumaczysz mi wszystko i spróbujemy temu jakoś zaradzić.
-Okej.- wymruczał zapłakany kolorowo włosy.
            Chłopcy ruszyli do jednego z droższych barów. Gdy byli już w środku, podeszli do lady i zmówili sobie po kolorowym drinku. Rozsiedli się wygodnie przy kanapach, w zacisznym miejscu i zaczęli rozmawiać. Nie zauważyli nawet, jak z jednego drinka zrobił się drugi, a potem trzeci, czwarty i piąty.
-I właśnie mniej więcej dlatego wciąż go kocham.- powiedział Tao pijackim tonem.
-Aha… Rozumiem i chyba nawet wiem co zrobić, żebyście znów byli parą.
-Tak? A co?- ożywił się młodszy.
-Dopij drinka, to ci pokażę.
            Tao bez zastanowienia wlał w siebie napój alkoholowy i wstał od blatu. Zachwiał się i stracił równowagę, ale na szczęście w ostatniej chwili Sehun uratował go przed upadkiem. Starszy przekłada sobie jego rękę przez kark i spokojnie wychodzi z baru.
            Szli ulicą. Niebo było ciemne, prawie tak samo jak morze podczas burzy. Wokół świeciły się białe światła latarni, wskazujące prawidłowy kierunek pijanym wędrowcom. Przyjaciele zataczali się raz z jednego końca krawężnika na drugi, dopóki nie podeszli pod ich szkołę.
-Cieszę się, że mam takiego zajebistego przyjaciela jak ty.- beknął Tao i osunął się pod drzwi.
            Zaalarmowany złym stanem kolegi, Sehun, uklęknął przy nim i sprawdził oddech. Przystawił ucho do jego klatki piersiowej i czekał. Usłyszał miarowy oddech i lekkie pochrapywanie.
-Fajnie… Znaczy zasnął. I co ja mam teraz z tobą zrobić ułomie?- spytał sam siebie i podniósł nieprzytomnego. Przez chwilę trzymał go na baranach, ale stwierdził, że młody może się z niego nieświadomie osunąć i spaść, więc zmienił pozycję. Trzymał go tak jak trzyma się pannę młodą, w trakcie przekraczania progu ich nowego mieszkania.
            Zaniósł go pod same drzwi pokoju Krisa i Luhana, w głowie układając chytry plan zeswatania ich ze sobą. Rzucił nim pod ścianę i mocno zapukał do drzwi. Popatrzył jeszcze na mamroczącego coś Tao i szybko uciekł.

*  *  * 
-Umieram… Umieram… Ratujcie mnie. Jestem zbyt piękny, aby nie żyć! Kris… Kris. Gdzie ty do cholery jesteś?- darł się Tao przez sen.
            Jego głośne jęki obudziły śpiącego za ścianą Krisa. Chłopak wyszedł z pokoju w celu opierniczenia osoby, która nie daje mu spać. Otworzył szerzej oczy, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Może nie było to zbyt miłe, sądząc po stanie w jakim znajdował się jego brat, ale ucieszył się widząc go wołającego jego imię.
-Coś ty sobie znowu zrobił kochanie?- spytał i wniósł brata do pokoju.
            Delikatnie ułożył go na swoim łóżku i poszedł do szafy. Pamiętał, że miał w niej jeszcze jakąś starą piżamę Tao, więc jej poszukał. Z ciuchem w ręku podszedł do śpiącego chłopaka i popatrzył na niego czule. W tej chwili wiedział, że nic poza nim się dla niego nie liczy. Nie obchodziło go zdanie ludzi. nie przejmował się nawet faktem, że ich związek jest kazirodczy. Liczyło się tylko dobro braciszka.
            Rozebrał go ze śmierdzących alkoholem ubrań i przebrał w puchatą piżamkę. Położył go w łóżku i odsunął się na małą odległość.
-Krisiu… kochanie…Przytul mnie…- wyszeptał młodszy i znów odpłynął w świat fantazji.

            Krisowi zmiękło serce, gdy usłyszał to wyznanie. Przez cały ich długi związek nie czuł się tak wspaniale jak w tej chwili. Położył się obok niego i przykrył ich kołdrą. Ostatnie co poczuł, to miękkie rączki tulące jego szyje i ciepły oddech owiewający jego zmęczoną twarz.

niedziela, 10 maja 2015

Odrzucenie 2

                        PRZEPRASZAM!!! Jestem chora i czuję się jakby przejechał po mnie pociąg, a na dodatek mam zapalenie ucha środkowego i 39,4C :/ Jakoś tak nie miałam siły niczego pisać, ale obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Zapraszam do czytania drugiej części J

                                               ODRZUCENIE 2 ( i ostatnia)

              Lucas odczuwając jakieś dziwne nie znane mu wcześniej uczucia zarumienił się. Nie trwało to jednak długo, bo natychmiast odsunął się od niego.
-Czy mógłbyś poczekać na mnie w moim pokoju?- spytał lekko zdenerwowany czułym gestem demona.
-Ah, jasne. Nie ma żadnego problemu.- wyszedł mrugając do Lucasa.
            Chłopak pospiesznie wyszedł z wanny, wytarł się milusim ręcznikiem, umył zęby, rozczesał pobieżnie włosy i owinięty innym, suchym ręcznikiem wyszedł z łazienki. Kroki skierował do swojego pokoju, w którym miał na niego czekać nowy przyjaciel. Otworzył drzwi zauważył go wylegującego się na jego łóżku.
-Co…Co robisz?- spytał wyraźnie zaskoczony.
-Czekam na ciebie, tak jak mi kazałeś.
            Luke nie odpowiedział już nic, tylko podszedł do jednej z szafek i wyciągnął z niej czyste ubrania. Natychmiast je założył i podszedł do demona.
-Jest jeszcze wcześnie. Idziemy gdzieś?
-Okej, tylko chwilkę poczekaj.- mruknął demon z zamkniętymi powiekami.
-Na co?
-Nie na co, tylko na kogo. Na moją przyjaciółkę. Zaraz ją poznasz.
            W tym momencie powietrze w pokoju zaczęło gęstnieć tak, że przybrało postać białej mgły unoszącej się w pokoju i zmniejszającej widoczność. Nagle za plecami usłyszał cichy szept i poczuł przy uchu wydychane przez kogoś powietrze. Odruchowo wzdrygnął się i zamknął powieki.
-Nie strasz go Cynthia.- powiedział witając się ze znajomą.
-Hej…Jestem Lucas.- wyjąkał.
-Miło mi ciebie poznać. – podeszła do niego i uśmiechnęła się uroczo. –Cieszę się, że w końcu sobie kogoś znalazłeś. Tylko szkoda, że taki słodziak jest już zajęty.- zrobiła minkę z serii „Puppy Eyes”.
-To co idziemy już?- Spytał Lucas.
-Okej.
            Wyszli z domu i chwilę później byli już w wesołym miasteczku. Od razu weszli, omijając kolejkę, weszli do wagoniku na diabelski młyn. Pan zamknął za nimi drzwi i popatrzył dziwnie na blondyna. Gdy byli już na samej górze przerwał rozmyślania demonów.
-Mam do was pytanie.
-Słucham cię uważnie przyjacielu.- spojrzał na niego uważnie.
-Nie opuścicie mnie już?- popatrzyli na siebie zdziwieni, ale od razu pokiwali twierdząco głowami.
-Cieszę się, że od teraz będę miał prawdziwych przyjaciół, którzy mnie nie opuszczą, tak jak Raphael.- przytulił ich ciasnym, niedźwiedzim uściskiem, pełnym uczucia.

*  *  *

            Kilka dni po wycieczce do wesołego miasteczka trzeba było iść do szkoły. Lucas jak zwykle wstał rano, ubrał się, umył i wyszedł z domu. Wszystko byłoby jak zwykle, gdyby nie jeden, zasadniczy fakt. Chłopak był szczęśliwy. Czuł jak jego serce cieszy się na widok nowych przyjaciół, który nie opuszczali go nawet na krok. Tak też było i wtedy…
            Wszedł skocznym krokiem do szkoły i poszedł do szatni. Nie siedział w niej, jak zawsze, do początku lekcji, tylko kroczył korytarzem z wysoko podniesioną głową.
Nie zważał nawet na śmiechy i chichy jego rówieśników. Cieszył się chwilą i rozmową z demonami.
-Mówiłem ci Alex. Było się mnie słuchać.- zdołał wypowiedzieć pomiędzy salwami śmiechu.
-Nie… Cynthia. On wcale nie dawał ci forów. Zrozum. On taki po prostu jest.- rechotał aż do rozpuku, a inni uczniowie patrzyli na niego z przestrachem.
            Wpadł do klasy trochę spóźniony, ale za to w wyśmienitym nastroju. Popatrzył roześmiany na nauczyciela i usiadł w ławce, nie przepraszając nawet za swoje naganne zachowanie.
-Co cię tak śmieszy White?- warknął rozeźlony nauczyciel.
-Hi hi…ha ha…Boże, no masz rację Alex. On jest mega głupi i zobacz jak się ubrał… Jakby nie miał w domu lustra.- rozmawiał z „powietrzem”.
-Lucas White! Do tablicy!- wykrzyczał nauczyciel, cały czerwony na twarzy ze zdenerwowania.
            Blondyn wstał nie spiesznie z krzesła i poszedł we wskazane miejsce. Gdy już stał przed klasą, zaśmiał się dźwięcznie i wymamrotał coś pod nosem.
            Wpadł na genialny pomysł i usiadł na biurku nauczyciela. Obserwował jego tężejące rysy twarzy. Mężczyzna w pierwszej chwili wyglądał na zmieszanego, ale potem był już tylko zdenerwowany. Do tego stopnia, że żyłka na jego czole zaczęła niebezpiecznie pulsować.
-Niech pan uważa, bo to jeszcze wybuchnie.- powiedział wrednie Lucas, pokazując na czoło pana Smitha.
            Jeżeli to możliwe, mężczyzna jeszcze bardziej poczerwieniał na twarzy i zepchnął ucznia z biurka.
-Zostajesz dzisiaj po lekcjach w sali White.- wycharczał przez zaciśnięte zęby- A teraz marsz do dyrektora opowiedzieć mu co najlepszego zrobiłeś.
            Lucas zabrał swoją torbę z pomieszczenia i wyszedł trzaskając za sobą drzwiami. Nie miał najmniejszego zamiaru iść do dyrektora szkoły, więc postanowił, że urwie się na chwilę z lekcji. Nie idąc nawet do szatni po kurtkę, skierował się do wyjścia. Przeszedł przez bramę i postanowił iść do parku naprzeciwko szkoły.
            Usiadł na ławce w głębi, za drzewami, tak aby nikt go nie zauważył i wyciągnął swój szkicownik. Zaczął w nim coś szkicować. Najpierw postawił parę pionowych kresek i zanim się obejrzał  jego ręka z miękkim ołówkiem coraz szybciej śmigała po białym papierze. Jego długie palce zaczęły rozmazywać niektóre szare ślady, aż na papierze powstał portret Raphaela.
-Kurwa…-zaklął szpetnie i wyrwał tą stronę.- Chyba mi na nim dalej zależy…- powiedział ze smutkiem i przytulił kartkę do piersi.
-Czemu jesteś smutny?- zaskoczył go głos Cynthii.
            Chłopak poruszył się niespokojnie i machnął lekceważąco dłonią.
-Nic mi nie jest.- mruknął i próbował schować rysunek za plecami.
-Co tam masz?- spytała dziewczyna ze świecącymi oczkami.
-Nic ważnego.
            Demonica spojrzała na niego podejrzliwie i w sekundzie, gdy on był rozkojarzony, wyrwała mu kartkę.
-Co robisz? Oddaj!- wykrzyknął speszony, bowiem jeszcze nikomu nie pokazywał swoich prac.
            Zaczął biegać za przyjaciółką i wyrywać jej papier z dłoni, ale nic z tego nie wyszło. Cynthia, jak przystało na demona, przeteleportowała się jakieś 3 metry przed niego i usiadła na trawie w cieniu.
-Bardzo ładnie rysujesz.- przyznała.
-Dzięki.
-Widzę że dalej nie możesz o nim zapomnieć.- westchnęła i podeszła do kolegi. Bez zastanowienia przytuliła go i poklepała po plecach.
-Nie przejmuj się nim. On nie jest ciebie wart. Masz przecież nas. My cię nigdy nie opuścimy w potrzebie.- pocieszała go.
-Dziękuję.- wyszeptał prawie niesłyszalnie.- Chyba muszę już iść do pana Smitha.- westchnął zrezygnowany.
-Dobrze, leć już, tylko gdyby coś się działo, to nie wahaj się nas wezwać.- uśmiechnęła się ślicznie i zniknęła.
            Lucas otrzepał się z niewidocznego kurzu i skierował swoje kroki w kierunku szkoły. Otworzył sobie bramę i jakby nigdy nic, wszedł do budynku. Po drodze do sali języka angielskiego słyszał dużo szeptów i wyzwisk, mających na celu wyśmianie jego osoby. Nie chciał dać tego po sobie poznać, ale bolało go to, jak rówieśnicy się od niego odsuwali.
            Nagle zza rogu wyszedł Raphael. Blondyn spiął się na widok swojego byłego, najlepszego przyjaciela, ale postanowił do niego podejść i przeprosić za swoje wcześniejsze zachowanie.
            Podbiegł do czarnowłosego i mocno go przytulił. Poczuł jak chłopak stara się od niego odsunąć, jednak to zbagatelizował.
-Przepraszam! Przepraszam! Przepraszam! Ja wcale nie chciałem tak zareagować na twoje wyznanie. Ja po prostu myślałem, że ty sobie ze mnie żartujesz…-wykrzyczał na jednych oddechu, a z jego oczu poleciały łzy. Próbował je ukryć, więc wtulił twarz w szyję Rafiego.
            Niestety, nie usłyszał jak zza rogu wyłania się Anthony ze swoją świtą. Nagle poczuł silne uderzenie w prawe ramię. Podniósł głowę i natychmiast odsunął się od przyjaciela.
-Co on tu robi?- spytał Anthony z obrzydzeniem.
-Nie wiem, rzucił się na mnie i zaczął przepraszać.- wytłumaczył z chłodem w oczach.
-Jeju… naszemu biednemu pedałkowi nie wystarczają już zmyśleni przyjaciele?- powiedział z ironią.- Nie ma cię kto przerżnąć i dlatego jesteś taki smutny? On- tu wskazał na posępnego Raphaela- tego nie zrobi, bo dla niego się liczysz śmieciu. Chodźcie!- zwrócił się do reszty.
            Odeszli naśmiewając się z blondyna i przybijając sobie nawzajem piątki, za to jak go potraktowali. Zrozpaczony Lucas otarł łzy i biegiem rzucił się do sali pana Smitha.

*  *  *  ( z perspektywy Raphaela)
               
                Jak ostatni tchórz odszedłem za Anthonym. Wcale nie chciałem tego robić, ale gdybym postąpił inaczej to pewnie jeszcze mi by się oberwało.
-Mam nadzieję, że Luke nie zrobi niczego głupiego…- wyszeptałem cichutko.
-Coś mówiłeś?- spytał roześmiany Tony.
-Tylko to, żebyśmy uciekli z lekcji, bo robi się nudno.- skłamałem z udawanym uśmiechem.
-W sumie to nie jest taki głupi pomysł. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że w końcu uwolniłeś się od tej cioty.- poklepał mnie po plecach.
            Po chwili wyszliśmy z budynku, aby iść do jakiegoś podrzędnego baru się nachlać. Żałuję że już nie mogę spędzać czasu z Luke’iem, z nim zawsze robiliśmy coś fajnego, a nie tylko wóda i dziewczyny…

*  *  *
           
            Lucas wszedł przestraszony do sali pana Smitha. Przywitał się grzecznie, ukłonił i usiadł we wskazanym przez nauczyciela miejscu.
-Chłopcze… powiedz mi czemu miało służyć twoje dzisiejsze zachowanie?- powiedział, o dziwo, spokojnie i wyrozumiale.
-Nie wiem i bardzo pana przepraszam Panie Smith. Obiecuję że to się więcej nie powtórzy.
            Nauczyciel widząc szybką zmianę nastroju ucznia usiadł w ławce obok niego i spytał:
-Masz może jakieś problemy w domu Luke? Możesz mi powiedzieć, przecież jestem twoim wychowawcą.
-Nie proszę pana.
-A może ktoś się nad tobą znęca?
-Nie proszę pana.- nauczyciel podrapał się po głowie.
-Hmm…- zastanowił się- A może pokłóciłeś się z kimś w szkole?- chłopak przez dłuższą chwilę milczał, ale wydukał że to nie prawda.
-Martwisz się o coś?- znowu odpowiedź negatywna.
-Wiesz co? Wybaczę ci twoje dzisiejsze zachowanie, bowiem zdarzyło się ono pierwszy raz, ale pamiętaj, że jeszcze jeden taki numer i będziesz siedział w kozie.
-Dobrze i jeszcze raz bardzo pana przepraszam.
-Oj już nie przepraszaj. Ja też mam swoje za uszami. Co ty na to, żebyśmy zaczęli od nowa?- blondyn pokiwał głową.
-Chcesz może herbaty?- spytał nauczyciel z troską.
-Nie dziękuję.
-Dobrze, to w takim razie zostań tu, a ja zadzwonię do twojej mamy aby cię odebrała.
            Nauczyciel wyszedł z pokoju i od razu wyciągnął telefon. Wybrał numer i po kilku sygnałach, w słuchawce odezwał się głos przestraszonej kobiety.
-Dzień dobry. Z tej strony Amadeusz Smith. Chciałbym aby przyjechała pani po syna… Nie nic się nie stało… Uważam po prostu, że Lucas powinien zasięgnąć rady psychiatry… Tak… Dobrze… Dowidzenia.-rozłączył się szybko i wszedł do klasy.
-Lucas, twoja mama zraz tu będzie, a ty idź do szatni i weź kurtkę. Pamiętaj. Masz wrócić tutaj i na nią grzecznie czekać.- uśmiechnął się i wyszedł z klasy.
            Blondyn zrobił tak, jak kazał mu wychowawca i już po chwili był z powrotem w sali. Po niespełna 10 minutach przyjechała jego mama i poszła do pokoju nauczycielskiego. W tym czasie Luke szkicował w swoim notatniku twarze demonów, ale te rysunki nie wyszły mu tak pięknie jak poprzedni, więc schował zamknięty notes do torby i usiadł pod drzwiami. Zza ściany dało się słyszeć głośniejszą rozmowę między jego matką, a nauczycielami, ale niestety nie można było zrozumieć słów.
            Po chwili z pomieszczenia wyszła jego mama z przejętą miną. Zaproponowała mu wypad na lody do centrum, na co zgodził się bez zastanowienia. Lucas wstał szybko z ziemi i pobiegł do samochodu. Jego mama smutna, jak chyba nigdy dotąd, wlokła się zmęczona za nim. Wsiedli do auta i odjechali. Początkowo chłopak się zdziwił, ponieważ centrum miasta było w inną stronę, ale stwierdził,  że pewnie mama jedzie jakimś objazdem, bo są korki. Jego zdziwienie było kolosalne, gdy zatrzymali się przed starym budynkiem z cegły.
-Mamo, tu jest lodziarnia?
            Kobieta nie odpowiedziała, tylko pociągnęła syna za rękę. Weszli do recepcji i czekali. Po chwili podszedł do nich mężczyzna w szarej marynarce i błękitnych spodniach. Na oko miał jakieś trzydzieści lat.
-Dzień dobry. Jestem lekarzem psychiatrą i nazywam się… -Luke już nie słuchał. Bardziej zastanawiał się dlaczego mama zabrała go do psychiatry. Przecież zawsze był okazem zdrowia.
-Zapraszam cię do swojego gabinetu młodzieńcze.
            Blondyn niespiesznie podniósł się z mięciutkiego fotela i podreptał za lekarzem. Weszli do jednego z pomieszczenia. Królowała tam biel. Wszystko było tego koloru. Począwszy od mebli, a skończywszy na ścianach.
-Proszę siadaj i się poczęstuj.- wskazał ręką na kanapę.
-Powiesz mi coś o sobie?
-…
-A może zaczniemy od czegoś prostszego. Jak ci na imię?
-…
-Nie chcesz mówić? – chłopak patrzył się w jeden punkt na podłodze.- To może zrobimy tak. Jak będziesz odpowiadał na pytania, to dostaniesz muffinki. Co ty na to?
-Yyhm.- zgodził się patrząc dalej w ten sam punkt.
-O jak miło.- uśmiechnął się szczerze lekarz.- Więc jak masz na imię?
-Lucas White.- szepnął.
-A co cię do mnie sprowadza?
-Nie wiem.- zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu.- Cynthia, Axel chodźcie tu.- mruknął.
-Luke, mogę tak do ciebie mówić?- nie usłyszał odmowy, więc kontynuował.- Kim jest Cynthia i Axel? To twoi przyjaciele?
-Tak.
-Chodzisz z nimi do szkoły?
-Nie.
-Gdzie ich poznałeś?
-W domu.
-To znajomi twojej mamy?
-Nie, ona ich nie widzi.- mężczyzna zdziwił się, ale kontynuował.
-Jak to ich nie widzi? Zapraszasz ich tylko jak nie ma nikogo w domu?- Luke nie odpowiedział.
-A będę mógł ich poznać?
-Tak, stoją za panem.- lekarz odwrócił się zaskoczony.
-Luke, ale tu nikogo nie ma.
-Oni są za panem.- powtórzył spokojnie nadal nie otwierając oczu.
-Poczekasz tu na mnie chwilkę? Zaraz przyjdę.- nastolatek wzruszył ramionami, a psychiatra wyszedł.
            Gdy blondyn już przysypiał, do pokoju weszła jego mama razem z lekarzem.
-Pani White, ja nie jestem w stanie leczyć pani syna. On potrzebuję stałej opieki w szpitalu psychiatrycznym.- kobieta popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.
-Dobrze.- potaknęła i podeszła do syna. Przytuliła go i szeptała pocieszające słówka na ucho.
            Zabrała go z gabinetu i wsadziła do samochodu.
-Synku, nie przejmuj się.
-…- odpowiedziała jej głucha cisza.
            Zawiozła syna do najbliższego szpitala psychiatrycznego, pocałowała go w czółko i wyszła, mówiąc że przywiezie mu czyste ubrania.
Chłopak w tym czasie został zaprowadzony do łazienki, gdzie pielęgniarki przebrały go w długą białą koszulę i odprowadziły do pokoju obserwacji.  Zamknęły za nim drzwi i zostawiły go samego. Lucas stał na środku pomieszczeni wyłożonego gąbką i nie wiedział co ma zrobić. Nigdy nawet nie przeszło mu przez myśl, że znajdzie się w takiej ponurej sytuacji.

*  *  *

                Następnego dnia Lucas obudził się na łóżku w innym pomieszczeniu. Otworzył oczy, wstał z posłania i zaczął chodzić po swoim nowym pokoju. Czuł siew nim dziwnie, bo nigdzie nie znalazł ani toalety, ani nawet okna. Usiadł na ziemi i czekał. Nawet nie wiedział na co czekał. Po prostu myślał, ze jakaś magiczna siła go stąd wyciągnie. W myślach zawołał Cynthie i Alexa, jednak nikt nie przyszedł. Złapał swoje kolana rękami, tym samym przybliżając je do klatki piersiowej i zasnął. Obudziło go szturchanie w ramię. Lekko otworzył oczy i szukał wzrokiem natręta. Zobaczył klęczącą za nim kobietę. Podszedł do niej i rozpoznał w niej swoją mamę.
-Co się stało mamuś?
-Czemu ja cię urodziłam? Czemu nie mogłam mieć normalnego dziecka, które nie siedzi w psychiatryku? Czemu trafiłeś mi się ty?- zapytała z obrzydzeniem ocierając łzy.
-Mamo…?
-Nie nazywaj mnie tak!- krzyknęła. –Ja nie mam syna! Lepiej byś zrobił, gdybyś się po prostu zabił!- chłopak aż odsunął się od niej przestraszony i uderzył plecami w ścianę.
-Ale czemu…- nie wiedział, dlaczego jego rodzicielka jest zła. Zamknął oczy i płakał, a jego głowie odbijały się dwa słowa: ZABIJ SIĘ!
            Postanowił przeprosić mamę i jakoś polepszyć jej humor, więc podniósł się z ziemi. Niestety kobiety nigdzie nie było.
-Dziwne. Przecież słyszał bym jak wychodzi.- zastanowił się.
-Co tu się dzieje? Cynthia, wytłumaczysz mi?- gdy tylko wypowiedział te słowa, w gęstym dymie, pojawił się demon.
-Co tu się dzieje Cynthia?- ponowił pytanie.
-Zabij się. Nie jesteś już nam potrzebny.  Nie chcę cię więcej znać.- mruknęła.
-Ale czemu? Przecież mówiłaś, że już zawsze będziemy się przyjaźnić!- wykrzyczał zdesperowany.
-Kłamałam.- odpowiedziała hardo i zniknęła.
            Po pokoju roznosiło się jeszcze trochę dymu i ciche szepty: zabij się!…zabij…
Lucas siedział załamany pod drzwiami, od czasu do czasu uderzając w nie rękami i krzycząc, aby go wypuścili. Po jego gładkich policzkach spływały nie chciane łzy. Żaden z lekarzy nie reagował na wrzaski wydobywające się na korytarz. Nie ważne jak głośno chłopak się zachowywał, nikt nie przychodził. W końcu zdenerwował się i przewrócił łóżko. Wtedy do izolatki wszedł ten sam lekarz, którego Lucas spotkał w poradni. Uśmiechnął się do niego przyjacielsko i klęknął obok niego. Zaczął go uspokajać, a gdy t nie pomogło, wyjął z kieszeni strzykawkę i zaaplikował blondynkowi  środek nasenny. Nie zauważył jak podczas wyciągania strzykawki, wypadł mu skalpel. Wstał i wyszedł z pomieszczenia, zamykając drzwi na klucz.

*  *  *

            Gdy Lucas się obudził, przypomniał sobie wszystko co zdarzyło się ostatniej nocy i zapłakał. Był załamany faktem, że nie może nic zrobić, aby polepszyć sytuację, w której się znalazł. Wstał z zimnej podłogi i pierwszym co rzuciło mu się w oczy był mały, błyszczący przedmiot. Podszedł do niego i ukucnął. Był to skalpel. Podniósł go i nie wiedzieć czemu przystawił do nadgarstka. Nie zastanawiając się dłużej, przeciągnął go po skórze, tworząc podłużny, krwawy ślad. Zabolało go to, ale tylko wbił narzędzie mocniej w rękę. Z rany wydobywała się duża ilość czerwonej posoki, a on zamiast krzyczeć, uśmiechał się patrząc na nią.
-Może naprawdę jestem nie normalny?- zapytał sam siebie i po chwili upadł nieprzytomny na ziemię.

*  *  *

-Syneczku, proszę obudź się. Nie  umieraj. Tak bardzo cię kocham!- zawodziła zdesperowana matka patrząc jak jej syn jest przykuty do tych wszystkich maszyn podtrzymujących jego życie.
-Wszystko będzie dobrze, tylko otwórz oczy. Daj mi jakiś znak, że żyjesz. Nie odchodź. Zostałeś mi tylko ty.– płakała ściskając jego rękę.
            Niestety Lucas się nie budził. Od jego nieudolnej próby samobójczej minęły trzy dni. Początkowo lekarze uspokajali matkę chłopca, mówiąc że potrzebuje czasu. Teraz sami nie wiedzieli co mają zrobić. Mieli dwa wyjścia. Albo czekać aż chłopak się obudzi, co graniczy z cudem, albo odłączyć go od aparatury i czekać na śmierć. Obydwa przypadki niosły za sobą spore konsekwencje. Lekarze stwierdzili, że dadzą mu jeszcze pełne 24 godziny na ocknięcie się ze śpiączki. Jeżeli mu się to nie uda, będą zmuszeni dokonać eutanazji.
            Czas mijał. Sekundy zlewały się w minuty, a te znowuż w godziny. Nad niczego nieświadomym blondynem zawisł ciążyła śmierć. Wydawało się, że jest to nieuniknione, jednak po 23 godzinach coś się zmieniło. Chłopak zaczął ruszać powiekami. Potem jego palce zaciskały się na pościli, aby po chwili je puścić. Usta się otwierały i zamykały na zmianę. Aż w końcu Lucas wyszeptał:
-W…Wody.
-Już ci przynoszę syneczku!- kobieta uradowana wybiegła z pomieszczenia.
            Blondyn usiadł tak, że opierał się plecami o poduszkę. Gdy do pokoju wbiegła jego rodzicielka, zamarł.
-Synusiu proszę.- wręczyła mu szklankę z wodą mineralną.
            Chłopak patrzył na nią nienawistnym spojrzeniem. Złapał szklankę i rzucił nią w ścianę za matką.
-Wyjdź demonie!- wycharczał i zaczął płakać. Trząsł się w konwulsjach i wrzeszczał, że nie chce umierać.
            Do sali wbiegł lekarz, który wyprowadził kobietę, a chłopak ucichł. Siedział patrząc się w sufit i starając się przypomnieć sobie, co on tutaj robi. Słyszał jak za drzwiami jego mama dyskutuje o czymś zawzięcie z lekarzem.

*  *  *

-Ale proszę pana, proszę mi wyjaśnić, dlaczego nie mogę porozmawiać z moim dzieckiem. Nie po to warowałam przy nim jak pies przez ostatnie trzy doby, aby teraz po prostu wyjść.
-Pani White, proszę mnie zrozumieć. Lucas nie chce pani widzieć. Czy mogłaby pani zadzwonić do kogoś, kto jest mu bliski?
-To bzdura. Ja jestem mu najbliższa. Chcę zobaczyć moje dziecko.
-Niech się pani uspokoi. Zobaczy pani Lucasa jak tylko on do siebie dojdzie, a teraz proszę zadzwonić po kogoś z kim on mógłby spokojnie porozmawiać.
-Dobrze. Tak zrobię.
            Kobieta sięgnęła do torebki i wyjęła z niej telefon. Wybrała numer i czekała aż osobą odezwie się w słuchawce.
-Cześć Rafi. Chodzi o  Lucasa. Miał próbę samobójczą… Czy mógłbyś przyjechać do szpitala psychiatrycznego?… Dobrze… Dziękuję… Cześć. –Wyłączyła telefon i usiadła w holu czekając na przyjaciela jej syna.

*  *  *

            Raphael siedział w sali i czekał aż przyjdzie nauczyciel. Od paru dni nie widział nigdzie Lucasa, więc się o niego martwił. Dalej go kochał i nie zamierzał przestać. Przy najbliższej okazji chciał przeprosić go i wyjaśnić mu wszystko od początku.
            Czarnowłosy poczuł jak w kieszeni jego spodni coś zaczyna wibrować. Wyciągnął telefon. Dzwonił nieznany numer. Odebrał i usłyszał głos pani White.
-Dzień dobry.- przywitał się.- Coś się stało, że pani dzwoni tak nagle?…Aha…Aha…Będę jak najszybciej. Dowidzenia.
            Jakże wielkie było jego zaskoczenie, gdy dowiedział się, że miłość jego życia leży w szpitalu.
-Anthony, powiedz panu Smith, że musiałem wyjść.- wykrzyknął i wybiegł pędem z sali.
            Biegł nie zważając na przechodniów, albo pędzące samochody. Chciał jak najszybciej być przy Lucasie i go pocieszyć. Zatrzymał się dopiero przy bramie ośrodka, gdzie ostatnio mieszkał Lucas. Zadzwonił dzwonkiem. Drzwi się otworzyły. Wbiegł po schodach do góry i staną przed mamą swojego przyjaciela.
-Gdzie leży Luke?- spytał.
-Tam.- kobieta wskazała ręką dużą salę.
             Chłopak jeszcze podziękował za informację i pobiegł we wskazanym kierunku. Delikatnie zapukał w drzwi, i po usłyszeniu cichego proszę, wszedł.
-Co tu robisz? Myślałem że mnie nienawidzisz.- wyszeptał zdziwiony Lucas.
-Jak mógłbym cię znienawidzić? Kocham cię i nigdy nie przestanę.
-Nie kłam.
-Nie kłamię. To co mówiłem ci wcześniej to prawda. Od dawna mi się podobasz i chciałbym być z tobą.
-Raphael…-wymruczał i objął go w pasie.- Ja też coś do ciebie czuję. Wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale ja nie jestem wstanie bez ciebie funkcjonować.
-Lucas…Nawet nie wiesz jak się cieszę, gdy to mówisz.
                        Raphael delikatnie przybliżył się do przyjaciela i musnął jego wargi swoimi. Cały czas patrzył mu w oczy i czekał na zgodę. Gdy ją otrzymał, objął Lucasa i posadził go sobie na kolanach. Jego ręce spoczęły na pośladkach blondyna. Ich usta złączyły się w czułym, namiętnym pocałunku, obrazującym ich uczucia. Ich języki ocierały się o siebie w szaleńczym tańcu i co chwilę muskały podniebienie i policzki partnera. Z każdą sekundą walka o dominacja była coraz bardziej zaciekła i szybsza, aż do momentu gdy zmęczeni odsunęli się od siebie z miłością wymalowaną na twarzach. Popatrzyli sobie głęboko w oczy trwali w ciasnym uścisku.

*  *  *

-Jak się czujesz Lucas?- spytał Raphael.
-Już okej. Już jutro wychodzę, a najpóźniej w poniedziałek wracam do szkoły.
-Cieszę się kochanie.- pocałował go w policzek.- Pomóc ci w czymś.
-Nie trzeba…Chociaż właściwie, to mógłbyś przynieść mi gorącą czekoladę z automatu.- mruknął rozmarzony.
-Jasne kochanie. Tą co zwykle?
-Nie zbyt gorąca i z dwiema łyżeczkami cukru.- powiedzieli razem i się zaśmiali.
-Cieszę się, że byłeś ze mną podczas tej terapii.- powiedział Lucas.
-Oj weź. Co by ze mnie był za książę, gdybym zostawił swoją księżniczkę w potrzebie?
-Nie mów do mnie księżniczko. Wiesz że tego nie lubię.- udał obrażonego.
-Wiem. A ja bardzo kocham cię denerwować księżniczko.- mruknął i wybiegł z pokoju.
-Jejku, co ja z nim mam…- wyszeptał do siebie blondyn.

*  *  * 
           
            Niecały tydzień później Raphael pojechał do domu Lucasa.
-Gotowy jesteś Luke?
-Jeszcze chwila. Nie wiem, które spodnie założyć. Jasnofioletowe czy ciemnofioletowe.
-A to jest jakaś różnica? – spytał zaskoczony Rafi.
-Głupku… Wielka. Bo do jednych pasują złote Vansy, a do drugich czarne. To które lepsze?
-Te co pasują do złotych kochanie. A teraz szybko bo spóźnimy się do szkoły.
-Oj tam, oj tam… Najwyższej pójdziemy na drugą lekcję.
-Lucas…Chodźże już.- marudził Raphael.
            Blondyn zbiegł po schodach i popatrzył na swojego chłopaka.
-I jak wyglądam?- spytał.
-Pięknie jak zwykle. Niczym aniołek.- powiedział i pocałował Luke’a w usta.
-Idziemy już?
-Tak, tak…Pa mamo!
-Pa chłopcy. Nie zapomnijcie, że macie przyjść na obiad.
-Jasne mamo.
-Dobrze pani White.
-Oj nie jestem żadną panią White. Mów mi po prostu mamo.
-Dobrze…mamo. Do zobaczenia później.
            Wybiegli uradowani z mieszkania i wsiedli do starego samochodu Rafiego. Po niespełna piętnastu minutach jazdy byli w szkole. Weszli do budynku i od razu powitały ich uśmiechnięte twarze rówieśników. Wszędzie dało się słyszeć przeprosiny skierowane do Lucasa i życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. Nawet Anthony podszedł do chłopaków i zaczął z nimi rozmowę.
-Cześć Lucas. Cześć Rafi. Przepraszam że was tak źle traktowałem. Zwłaszcza ciebie Lucas. Nie wiedziałem, że tak mocno cię ranię. Mam nadzieję, że jest już z tobą okej i wybaczysz mi moje szczeniackie zachowanie.- powiedział skruszony.
-Jasne Anthony!- wykrzyczał rozradowany blondyn.
-Tego…Jakbyś miał jakiś problem, to śmiało wal z tym do mnie.- uśmiechnął się, przytulił i odszedł od niech, zostawiając ich w samym środku zainteresowania.
            Jeszcze długo uczniowie przepraszali Lucasa za swoje zachowanie i z nim rozmawiali. Pierwszy raz Lucas cieszył się, że wrócił do szkoły.
                                                                

           





           

           



         

piątek, 1 maja 2015

One Shot Odrzucenie


                     Pięknie witam wszystkich tu obecnych, zarówno tych komentujących, jak i tych wstydliwych. GOMEN'NASAI bo miałam wstawić kolejną część (już 10), ale wszystko mi na głowę spadło. musiałam się duuuuziooooo uczyć na sprawdzian z hiszpańskiego:/ (w końcu trzeba jakoś zdać) i jeszcze moja ukooochaaanaaa <śmieję się sarkastycznie> polonistka kazała nam nakręcić filmy. No i tego musiałam napisać jakieś dziwne opowiadanie, przekształcić je na scenariusz i tak dalej... MEGA WIELKIE PRZEPROSINY, ale dzisiaj nie wyrobię się już z kolejną częścią, bo idę na ognicho z klasą, Juhu!!! Ktoś mnie lubi!!!
                     Wstawiam wam pierwszą część mojego "filmowego" opowiadania. Zapraszam do czytania:)

A oto moje wyobrażenia postaci:

                                                                             Lucas    


                                                                          Raphael

                                                     ODRZUCENIE


            Korytarzem szedł Lucas. Był to niezbyt wysoki chłopak ubrany w czarną koszulkę z nadrukiem misia trzymającego gigantyczne serce, różową kamizelkę i ciemne spodnie w różno kolorowe gwiazdki. Na bardzo jasnych włosach, zaczesanych w mały koczek, znajdowała się różowa opaska z ćwiekami. Na szyi i palcach miał dużo biżuterii, a na paznokciach lamparcie cętki. Przez wzgląd na jego nietypowy wygląd był wyśmiewany przez rówieśników. Jedyną osobą, która go lubiła był jego przyjaciel, jeszcze z czasów podstawówki, Raphael. Chłopcy zawsze trzymali się razem i nigdy nie mieli nawet najmniejszej sprzeczki, a co dopiero poważnej kłótni.
            Gdziekolwiek blondyn  popatrzył słyszał donośne śmiechy Anthony’ego i jego świty. Teraz też tak było.
-Co się tak na mnie patrzysz geju?- spytał rozbawiony do granic możliwości Anthony.
-A co nie wolno mi jaśnie panie?- patrząc mu w oczy udał ukłon.
-Nie, bo nigdy nie wiadomo co roi się w tej twojej pedalskiej główce.
-Mów co chcesz, ale nie pociągają mnie takie bezduszne homofoby jak ty i twoje goryle.
-Tony, czy ten lachociąg właśnie nas przezwał?- odezwał się nie bardzo rozgarnięty Bob- przyjaciel i chyba najgłupszy sługus Athony’ego.
-Czy ty nie zapominasz gdzie twoje miejsce cioto?
            Anthony podszedł szybko do niczego niespodziewającego się Lucasa i pogładził jego policzek palcem. Chłopak momentalnie spiął się na ten gest.
-Wiesz, gdybyś nie był taki dziwny, to bym się z tobą umówił.- wymruczał do jego ucha.
-Tak? Bo wiesz podobasz mi się i mógłbym się dla ciebie zmienić.
            Nagle usłyszał głośny i nieprzyjemny dla uszu rechot.
-To był tylko żart śmierdzielu. W życiu nie umówiłbym się z tobą. Nie jestem pedałem.
            Lucasa to zabolało, ale starał się nie dać tego po sobie poznać. Czym prędzej uciekł  z korytarza, pełnego ludzi i schował się w opustoszałej szatni. Usiadł pod swoją szafką, która był najbardziej oddalona od drzwi wejściowych i zaczął płakać. Kiedyś bardzo podobał mu się Anthony i myślał nawet, że ma u niego jakieś szanse. W końcu najgłośniejszy homofon prawie zawsze okazuje się gejem, który nie może poradzić sobie ze swoją odmienną orientacją. Po chwili do pomieszczenia doszedł intensywnie słodki zapach perfum. Oho…czyli Raphael go szuka. Pewnie dowiedział się już co zaszło pomiędzy nim a Anthonym. Szkoda, nie chciał aby jego jedyny przyjaciel miał go za pedała. Pragnął aby ich relacje zostały na tym samym poziomie co były wcześniej, ale to już nie możliwe.
-O…Tu jesteś!- wykrzyknął zdyszany Rafi.
-Szukałem cię. Nie przejmuj się tym debilem. On ci po prostu zazdrości tego, że nie wstydzisz się tego kim jesteś.
-Czyli kim!? Głupim pedałem, któremu spodobał się największy, szkolny łobuz? Moje życie nie ma sensu. Wszyscy się ode mnie odsuwają. Tylko ty cały czas jesteś za mną. Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? Może się ponaśmiewać z nieudacznika?
-Przestań. Wcale tak nie myślę i ty także. Jesteś po prostu trochę zdenerwowany i gadasz głupoty. Chodź na angielski, bo pan Smith zaraz się na nas wkurzy.
-Okej.- mruknął przez łzy, ale wstał i poszedł za przyjacielem.
            Weszli do sali trochę spóźnieni, ale nikt nie zauważył, że ich nie ma. Wszyscy zajęci byli żartami na temat porannej akcji na korytarzu. Nikt nie zwracał uwagi na płaczącego Lucasa i pocieszającego go Raphaela.
-Spokój. Widzę, że skoro jesteście tacy rozbudzeni to ktoś przyjdzie i wyjaśni klasie na czym polega różnica między past countinnous i past simple.- Pan Smith popatrzył po klasie. Jego wzrok zatrzymał się na trzęsącym się Luke’u.
-To może Lucas White odpowie na to jakże trudne i wymagające pytanie?- zadrwił.
-Yyy…dobrze.
            Blondyn podszedł do katedry i stanął przodem do znienawidzonej klasy.
-Chodzi o to, że- zaczął niepewnym głosem.- prezent countinnous używa się do opisywania sytuacji, które dzieją się teraz, a prezent simple do czynności powtarzających się w danym czasie.- urwał widząc zawistny wzrok nauczyciela.
-Czy to twoje pedalstwo padło ci na mózg? Przecież wyraźnie mówiłem, że masz wyjaśnić różnicę między czasami przeszłymi, a nie teraźniejszymi idioto. Siadaj w ławce. Pała!
-Pała to mu zaraz będzie stała.- zanucili podwładni Anthony’ego. Oczywiście pozostali uczniowie zaraz się przyłączyli i po chwili w sali rozbrzmiewały śmiechy i melodia tej piosenki.
            Luke cały poczerwieniał na twarzy, w biegu złapał swoją torbę i wybiegł z sali trzaskając drzwiami.
            Gdy był już w domu, bez pardonu wbiegł do swojego pokoju i rzucił się na łóżko. Zaczął chlipać w poduszkę. Nie mógł się szybko uspokoić bowiem złamane serce wcale nie goi się tak łatwo. Tak. Dzisiaj jego małe serduszko pękło na miliony małych kawałeczków, których nie sklei nawet kropelka.
             Z pewnością płakałby jeszcze dłużej, gdyby nie przypomniał sobie o tym, że dzisiaj miała odbyć się licytacja drogich martenów, które musiał mieć. Z prędkością błyskawicy otarł łzy spływające jeszcze od czasu do czasu po jego twarzy i włączył komputer.
            Od razu wszedł na allegro i kupił buty. Udało mu się to w ostatnim momencie.
-Przynajmniej coś mi dzisiaj wyszło dobrze.- pocieszał się.
            Nie minęła nawet chwila, a chłopak zrozumiał, że zgłodniał, więc skierował swoje kroki do kuchni. Podszedł do lodówki i pogrzebał w niej trochę. Gdy znalazł jakąś sałatkę odwrócił się do szuflady pragnąc złapać widelec. Zamknął jeszcze drzwi pupą i zamarł. Talerzyk wyleciał mu z rąk i roztrzaskał się na piaskowych płytkach.
-Kim…Kim ty jesteś?- spytał lekko przestraszony widząc demona przebranego za Raphaela.
Demon nie odpowiadał, tylko zawzięcie wpatrywał się w zaszklone tęczówki chłopaka.
            Lucas zaczął się cofać do momentu, aż uderzył plecami w drzwi lodówki. Postanowił, że zamknie oczy i będzie czekał na szybko śmierć. Zrobił tak i oczekiwał najgorszego, jednak nic się nie zdarzyło. Otworzył oczy i nic. Niczego przed nim nie było.
-Może jestem zmęczony?- zastanawiał się.- Zapewne mi się to tylko przywidziało, przecież nikt  nie mógł wejść do mojego domu, przebrać się za mojego najlepszego kumpla i tak po prostu mnie nastraszyć.
            Złapał szybko za szufelkę i uprzątnął bałagan, jaki powstał. Wyrzucił jeszcze pobite naczynie do kosza i z powrotem udał się do swojego pokoju. Usiadł za biurkiem i gapił się nieprzytomnie w laptopa. Oparł się wygodniej o krzesło i czekał na sen. Niestety ten nie nadchodził, więc postanowił obejrzeć sobie jakiś horror. Padło na „Udręczonych”.
Zaczął oglądać. Nie doszedł nawet do momentu, gdy zasłona prysznicowa dusi główną bohaterkę, a zasnął.
            Śniło mu się, że biegł przez ciemny, potworny las całkiem sam. Nagle zza krzaków wypadł demon, którego widział niedawno i zaczął go gonić. Wołał, aby się zatrzymał i z nim porozmawiał, jednak chłopak nie miał takiego zamiaru. Pędził ile sił w nogach co chwilę się potykając i łapiąc równowagę. Z każdym krokiem słyszał coraz wyraźniej jęki potwora. Bredził on, że go kocha i ma na niego poczekać, że nic mu nie zrobi i dalej będą najlepszymi przyjaciółmi. Nie chciał tego słuchać.
Wbiegł na asfaltową drogę i nie zauważył pędzącego auta, które z niemałą siłą wjechało prosto w niego.
            Otworzył zdezorientowany oczy i odsapnął świeży powietrzem. Odwrócił głowę i kątem oka zerknął na zegarek. Było wpół do 8.00.
            Złapał za czyste ubrania i ruszył do łazienki. Wziął pospieszny prysznic, rozczesał włosy, umył zęby i był gotowy do wyjścia. Schodząc na dół zobaczył mamę.
-Dzień dobry synusiu. Jak się spało?- zapytała.
-Dobry. Całkiem dobrze.
-Masz tutaj kanapeczki do szkoły, żebyś nie zgłodniał.- powiedział wciskając mu w dłonie papierową torbę.
-Nie potrzebuję ich mamo.- mruknął wyraźnie nie zadowolony.
-No wiesz Luke’asiu. A ja się tak bardzo starałam, żeby ci smakowały.- zrobiła smutną minę.
-Dobrze, wezmę je.
-Oh… jak się cieszę. A może cię podwieźć syneczku?
-Nie dzięki. Pa.
-Pa pa kochanie. Tylko weź kurtkę.- krzyknęła za synem.
            Równo z dzwonkiem wkroczył do budynku i od razu poszedł do szatni. Zostawił tam kurtkę i nie spiesząc się wcale poszedł na salę gimnastyczną, bo pierwszą lekcją był W-F, na którym nie ćwiczył. Nie robił tego, nie dlatego, że nie mógł, tylko dlatego, że nie chciał się spocić i ubrudzić. Nie widział nic fajnego w bieganiu za piłką albo rzucaniu do kosza. Wolał tą lekcję spędzić bardziej produktywnie, na przykład na uczeniu się angielskiego. Nie lubił być najgorszy w klasie, więc musiał dużo zakuwać z tego przedmiotu.         
            W trakcie lekcji starał się nie zwracać uwagi na Raphaela. Jakoś nie chciał z  nim rozmawiać, bo czuł by się wtedy co najmniej nie zręcznie. Unikał go na każdej przerwie i próbował siadać z daleka od niego w pojedynczych ławkach. Aż do teraz mu się udało. Szykowała się ostatnia godzina tego dnia. Matematyka. Jest ona jedną z luźniejszych lekcji, więc nikt się do niej nie uczy.
            Standardowo Lukas poszedł do szatni, aby nie spotkać nikogo ze swoich znajomych i nie musieć wysłuchiwać ich niecenzuralnych żartów na jego temat. Siedział pod swoją ławką, szkicując coś w notatniku, aż poczuł na ramieniu dotyk. Wzdrygnął się i uniósł delikatnie głowę. Ujrzał smutnego Rafiego.
-Słuchaj, ty się na mnie za coś gniewasz?- wypalił na bezdechu.
-Nie, czemu tak uważasz?- spytał ozięble.
-No bo mnie unikasz cały dzień.
-Wydaje ci się.- podniósł torbę z ziemi i włożył do niej zamknięty notatnik.
-Przestań, przecież widzę.
-Wydaje ci się.- powtórzył.
-Oj! Porozmawiaj ze mną!- krzyknął lekko zdenerwowany.
-Nie będę z tobą gadał! Odsuń się!- odepchnął go na bok, tak że zszokowany uderzył plecami o szafki.
            Raphael podbiegł do oddalającego się blondyna i złapał go w pasie, po czym odwrócił przodem do siebie.
-Przykro mi, że tak zareagowałem, ale muszę ci coś powiedzieć.
-Słucham, ale się sprężaj, bo nie mam dużo czasu.- powiedział obojętnie.
-No…bo…- zaczął się jąkać,
-No wyduś to wreszcie!
-Podobaszmisięodbardzodawna,tylkobałemcisiępowiedziećtowcześniej.
-Co? Teraz to nie rozumiem.
- Podobasz mi się od bardzo dawna, tylko bałem ci się powiedzieć to wcześniej.
            Lucas zapowietrzył się ze złości i uderzył Rafiego z liścia w twarz. Przyjaciel patrzył na niego szklanym wzrokiem, oczekując wyjaśnienia.
-Jak śmiesz? Jak śmiesz tak sobie ze mnie żartować. Pewnie namówił cię do tego Anthony prawda?
-On do niczego mnie nie namawiał.-wyszeptał smutny.
-Czemu ci nie wierzę?- zaczął pukać palcem wskazującym w klatkę piersiową chłopaka, na co brunet zareagował kilkoma krokami w tył.
-Nie wiem, ale ja cię nigdy nie okłamałem i od dłuższego czasu coś do ciebie czuję.
-Nie kłam i daj mi spokój! Nienawidzę cię!- wydarł się i wyrwał z uścisku. Jak najszybciej poleciał do sali od matematyki na ostatnią lekcję tego felernego dnia.
            Po skończonej godzinie wrócił do domu nie odzywając się uprzednio do nikogo. Nie spieszył się wcale bowiem teraz u niego miało nikogo nie być. Mama znowu była na jakichś warsztatach, a tata jak zwykle w delegacji. Całe dzieciństwo siedział sam w domu, więc przyzwyczaił się do samotności i nie robiła ona na nim żadnego wrażenia.
            Wszedł do mieszkania i od razu poszedł do łazienki. Chciał jak najszybciej zmyć z siebie brud całego dnia. Otworzy drzwi do pomieszczenia, zapalił światło i napuścił wody do wanny. Do gorącej cieczy wlał olejek aromatyczny o zapachu świeżych brzoskwiń i mandarynek i nagi wszedł do niej. Czuł jak wszystkie zmartwienia go opuszczają, a ciało się odpręża. Wziął gąbkę i zanurzył ją w pianie utworzonej na powierzchni lustra wody. Obmył nią całe ciało.
            Nagle usłyszał ciche pukanie do drzwi. Nie przejmując się żadnymi konsekwencjami, w końcu w domu był sam, poprosił gościa do siebie. Położył się wygodniej w wannie przykrywając się w intymnych miejscach słodko pachnącą pianką. Nie minęła nawet minuta, a do łazienki ktoś wszedł. Lucas popatrzył na tą osobą i powiedział cześć.
-Cześć. – powiedział z lekką obawą.
-Kim jesteś?- spytał udając obojętnego, ale był za bardzo podekscytowany i się tym zdradził.
-Pamiętasz jak zobaczyłeś mojego kolegę i upuściłeś talerzyk?
-Nom.- mruknął zawstydzony.
-To był Axel. Ja jestem Victor i też jestem demonem.
-Co znaczy „też”?- spytał nie rozumiejąc.
-Boże, dzieciaku jaki ty jesteś nie rozgarnięty. Axel i ja jesteśmy demonami.
-Nie, nie, nie. Jak to ująłeś „demony” wcale nie istnieją.
-To co ja tu robię?- przewał Lucasowi.
-Jesteś po prostu wymysłem mojej bujne wyobraźni.- odpowiedział pewny swoich racji.
-Tak? A teraz?- spytał uderzając łokciem w lustro. Zwierciadło stłukło się na malutkie części i rozsypało po podłodze.
-Yyy…-jęknął zaskoczony i odsunął się jak najdalej mógł od demona.
-Nie bój się, nie chcę ci nic zrobić. Chcę po prostu pogadać, bo w moim królestwie jest nudno.
-O czym chcesz gadać?- spytał dalej uważnie obserwując nieproszonego gościa.
-O wszystkim. Może najpierw mi się przedstawisz, a potem ja powiem coś o sobie?
-Okej.- przytaknął i zaczął opowiadać.
            Mówił o swoim dzieciństwie, relacjach z rodzicami i innymi. O tym, że jest wyśmiewany, o swoim jedynym przyjaciel, który teraz już jest jego byłym przyjacielem. O swoich marzeniach, celach i pragnieniach. Powiedział mu nawet swoje najlepiej strzeżone sekrety i dużo więcej. Wspomniał mu nawet, że podobał mu się kiedyś Anthony i że teraz nic już do niego nie czuje poza obrzydzeniem.
            Demon zaś wspomniał mu o królestwie swojego ojca, o swoim rodzeństwie i wyjaśnił jak demony mogą swobodnie poruszać się między Ziemią a Hadesem.
-Wiesz co?- spytał demon.
-Co?
-Może zostaniemy przyjaciółmi, zabiorę cię kiedyś do Hadesu.
-W sumie brzmi fajnie. Z tobą mi się jakoś tak dobrze i lekko rozmawia.
-Cieszę się niezmiernie.- podszedł i przytulił chłopaka.

            Lucas odczuwając jakieś dziwne nie znane mu wcześniej uczucia zarumienił się.